Hollywood Undead

piątek, 16 maja 2014

Rozdział 15

- Ulala… Kogo my tu mamy? – Zapytał się zziajany Dylan. Nieźle wariował, chociaż był to tylko gościnny występ w klubie. – Znamy się?
  Piątka zbliżała się do Leony. Ta, przestraszona takim widokiem, aż odeszła parę kroków w tył. Gdyby nie ściana, pewnie by się nawet nie zatrzymała.
- No nie koniecznie – odpowiedział za kobietę Matthew, podchodząc do niej. – Może i się widzieliście, ale na pewno jej nie znasz.
- O matko, Mattie – westchnął meksykanin. – A ty znowu swoje?
  Rudowłosa zerkała to na perkusistę, to na wokalistę. Zabijali się wzrokiem. W powietrzu wisiała tak ciężka atmosfera, że aż zwalała z nóg. Leona czuła się, jakby to było z jej winy.
- Ch… Chłopaki… – przerwała przerażającą ciszę.
  Obaj jak na komendę spojrzeli na nią. Po raz pierwszy źle się poczuła, będąc obserwowaną przez kogoś, z kim rozmawia. Zdenerwowanie dało się od niej wyczuć na kilometr. Oczka miała niewinne i cały czas próbowała zrobić coś pożytecznego z jej rękoma.
- Wydaje mi się, że nie chcecie tutaj wyjaśniać swoich prywatnych porachunków – przebiegała błyskawicznie wzrokiem po każdym z mężczyzn. Najbardziej przerażał ją wzrok J-Doga. Przewiercał ją na wylot. Gdybym miała duszę, pomyślała sobie, poprawiając okulary na nosie, to by mi ją wypalił, na powrót przywrócił do życia i ponownie spalił. Tak na wszelki wypadek.
  Uciążliwy był także wzrok Georga. Był nieprzenikliwy. Jego wyraz twarzy niczego nie mówił, potrafił ukryć swoje uczucia, jak profesjonalny zabójca. Musiał wiele przejść, uciekła wzrokiem z twarzy mężczyzny, gdzieś w dal. Słychać to w piosenkach, a co dopiero, jak teraz na niego patrzę. Choć zrobiło mi się go trochę żal, to i tak bardziej wzbudza we mnie trwogę. Jego kamienna twarz nie mówi dosłownie niczego, mógłby zarazem rzucić się teraz na mnie z nożem, jak i przytulić i powiedzieć „Kocham jednorożce!”.
  Daniel był Leoną nadzwyczaj zaintrygowany. Przyglądał jej się bacznie, chociaż starał się nie zwracać na siebie uwagi. Nie wychodziło mu to najlepiej. Rzucał jej od czasu do czasu wyzywające spojrzenia, wyzwań tych zielonooka nie przyjmowała. Chciała grać chłodną i opanowaną, ale wychodziło jej to na równi z umiejętnością ukrywania ciekawości Danny’ego.
  Jordon jako tako nie był kobietą zainteresowany. Zagubił się gdzieś w tłumie rozochoconych kobiet i podekscytowanych mężczyzn. Nie raczył nawet spojrzeć w stronę reszty swojej kompanii.
- Dobra, nie ma co się opierdalać – pstryknął palcami Jorel, odwracając uwagę od kobiety. Poczuła wielką ulgę. – Mamy ważne sprawy do omówienia i wyjaśnienia, jakie, dowiecie się na miejscu.
- A gdzie…
- CHARLIE, ZJEBIE – wrzasnął w tłum. – ZWIJAMY SIĘ!
  Zero reakcji.
- WIEM, ŻE MNIE SŁYSZYSZ SKURCZYBYKU! PRZESTAŃ WYRYWAĆ LASKI I WRACAJ TUTAJ NA TEN TYCHMIAST!
  Znowu nic.
  Już chciał po raz kolejny wydrzeć się przez głośno lecącą muzykę, kiedy Leona się przemogła. W mgnieniu oka podeszła do brązowookiego i przykładając mu palec do ust, nakazała siedzieć cicho. Mężczyzna jak porażony odsunął się od rudowłosej o krok. Nie ufał jej i czuł do niej wstręt. Nienawidził wampirów całym, niebijącym już od dawna, sercem.
  Leo niczym cień zaczęła wymijać dziesiątki ludzi, nie zwracając na siebie w ogóle uwagi. Wmieszała się w tłum i piątka członków zespołu zgubiła ją z oczu.
  Oh, jaka ulga, westchnęła głośno, myślałam, że zapadnę się tam pod ziemię! Te ich wzroki… Brr! Zastanawiam się czy naprawdę nie lepszym pomysłem byłoby posłuchanie Viktora. Jeśli on mówi, że coś jest z nimi nie tak, to tak jest. On się nigdy nie myli… Dobra, ale teraz skup się Leosia. Szukamy… O, no patrz, na pierwszy rzut oka widać, że to on.
  Wokół baru widniała grupka bardzo ładnych kobiet, które nie były do końca trzeźwe. Na samym środku zebranych siedział, oparty na łokciach o bar, facet w czarnej czapce z napisem „LA Lakers” i okularach przeciwsłonecznych. O matko, jak to wygląda! Przeciwsłoneczne okulary w ciemnym, jak nie wiem co, lokalu!
  Prześliznęła się między dziewczynami.
- Charlie – zaczęła otwarcie. – J-Dog cię wzywa…
- O, mała! – aż uchylił na jej widok okulary. – A my to się chyba nie znamy, co?
- Nie, nie znamy się – odpowiedziała sucho.  – I nie poznamy lepiej, jak nie pójdziesz do Jorela, bo prędzej zginiesz, niż bezkarnie ze mną pogadasz.
  Zdziwił się facet niezmiernie, ale czuł, że nieznajoma ma rację. Pożegnał się ze swoim haremem i ruszył za rudowłosą.
- Powiesz mi przynajmniej jak masz na imię, ślicznotko? – podążał za nią cierpliwie wśród tłumu.
  Kobieta zachowała milczenie przez resztę drogi.
- Leona – doczekał się odpowiedzi, ale nie z tych ust, z jakich chciał to usłyszeć. Odpowiedział mu Matthew. – I uważaj na słowa, Terrel.
- Uhu, robi się poważnie, co? – uśmiechnął się szyderczo Charlie. – Już z nazwiskami wyjeżdżasz, St. Claire?
  Charlie roześmiał się. Tylko jemu i Dylanowi było do śmiechu. Reszta zachowała grobowe milczenie i czekała na spokój. Szczególnie Jorel.
  Włoch odchrząknął.
- Straciliśmy wystarczająco dużo czasu, jełopy – cały czas był zdenerwowany, rzucał wyzwiskami na prawo i lewo. – Nie mamy co tu dłużej przebywać. Zagraliśmy, co nasze i pakujemy manatki.
- A co z wampirem…? – zapytał się półgłosem George.
  J-Dog syknął tylko na sam dźwięk tego słowa.
- Idzie z nami – oświadczył, niezbyt szczęśliwy. – Nie mamy wyboru.
- Ależ mamy, tyle, że byłoby to z leksza… niehumanitarne. I nie spodobało by się pewnym osobom w tym towarzystwie – rzucił dosadne spojrzenie perkusiście Dylan.
  Jego twarz przybrała groźny wygląd. Zmarszczył brwi i wykrzywił usta, jakby chciał wykląć swojego przyjaciela, ale coś mu to uniemożliwiło. A raczej ktoś. Leona zauważyła tą okropną zmianę i natychmiastowo ścisnęła dłoń czarnowłosego, szepcząc tylko pod nosem.
- Mattie – jej szept, jak cichy dźwięk dzwoneczków, rozbrzmiał tylko w uszach Matthew. To było wypowiedziane zbyt cicho dla reszty towarzystwa. – Tylko spokojnie, nie rób żadnych głupstw…
- Że ty masz w sobie tyle wyrozumiałości… - wyszeptał równie cicho. – I jeszcze zachowujesz spokój w takiej sytuacji, jak ta. Jesteś naprawdę niesamowita, Leo.
  Uśmiechnęła się kącikiem ust. Nie uszło to uwadze Jorela, cały czas miał kobietę na oku. Obrzucił ją pogardliwym wzrokiem, po czym ruchem głowy wskazał tylne wyjście z lokalu. Wszyscy bez komentarza ruszyli za liderem.
  Na zewnątrz było jeszcze ciemno. Było trochę po czwartej, a na niebie świeciły jeszcze niewyraźnie gwiazdy. Widok nieba nocą w mieście nie zachwycał, prędzej wprawiał w rozpacz. Na przedzie szli Daniel z Dylanem i gawędzili o czymś zawzięcie, potem, za nimi maszerowali Leona z Matthew, trzymali się za dłonie. Kilka kroków za nimi szedł Jordon. Sam. Na samym końcu, żeby mieć wszystkich na oku, szedł Jorel i George.
- Czemu tak bardzo jej nie ufasz? – wyszeptał George, mając wielką nadzieję, że nikt oprócz Jorela tego nie usłyszy. Tak się nie dało. Leona wyłapawszy te słowa, wyostrzyła swój słuch troszkę mocniej i skupiła się na głosach mężczyzn.
- Dowiesz się na miejscu – odpowiedział sucho J-Dog. – Nie będę powtarzał tego milion razy.
  Westchnął głośno i jeszcze głośniej przeklął, żeby sobie ulżyć. W uszach rudowłosej zadzwoniło. Wykrzywiła się w grymasie bólu i ścisnęła troszkę mocniej dłoń Matta.
- Nie ładnie tak podsłuchiwać – wymamrotał czarnowłosy z nutką rozbawienia.
  Leona mruknęła tylko speszona i odwróciła od mężczyzny twarz, żeby ten nie widział jej rumieńca. Jak dziecko, pomyślał i stłumił w sobie śmiech. Nie chciał przykuwać uwagi, atmosfera w tej grupie robiła się coraz cięższa i gęsta, tak że niedługo będzie ją można kroić nożem.
  Nagle rozmowa Dylana i Daniela ustała. Oboje zerknęli za siebie i zmierzyli idącą za nimi parę wzrokiem, po czym spojrzeli sobie w oczy i odwrócili się z powrotem. Jak nagle wybuchli śmiechem, tak reszta grupy podskoczyła.
- O matko… - Leona złapała się za serce.
- O ja pierdole… - zawtórował wampirzycy Jorel. Tyle, że nie złapał się za serce. – Pokurwiło was?
- My… my… - Danny chciał coś powiedzieć, ale dostał śmiechawki i nie potrafił się powstrzymać.
- Byłoby świetnie, gdybyście przestali – wtrąciła surowo Leona. Jej melodyjny do tej pory głos, zamienił się w nieznośny i chłodny. – Jest środek nocy i idziemy przez środek miasta.
  Wszyscy wzdrygnęli się na dźwięk tak przerażającego głosu. Pierwsza dwójka momentalnie przestała się śmiać.
- Dziękuję – nie rezygnowała ze stanowczego i lodowatego tonu.
  Co ją tak nagle ugryzło, pomyślał Matt, spoglądając na nią kątem oka.
  Mam nadzieję, że pozór zdenerwowanej zadziałał, pomyślała w tym samym czasie rudowłosa. Stres i przerażenie wyżerało ją od środka.
  Grasz jak profesjonalistka, przyglądał się nieufnie Leonie Jorel, nie ważne jak bardzo będziesz chciała ukryć przede mną strach, nie uda ci się to – ja strachem innych żyję, strasznie mnie korci, żeby nasycić się twoją esencją życiową, ale wiem, że nie mogę. Matthew by mnie chyba chciał rozszarpać własnoręcznie na milion kawałków. Nie żeby mu się to udało, bo prędzej sam by zginął, ale z pewnością próbowałby. Chociaż…
  J-Dog uśmiechnął się złowieszczo kącikiem ust – poczekamy, zobaczymy.
  Po czasie kilkunastu minut cała paczka znalazła się przed zaniedbanym budynkiem. Wręcz ruderą, gdzie co jakiś czas można było wzrokiem złowić leżących na ziemi, prawie nieprzytomnych ludzi. Wszyscy byli pod wpływem alkoholu albo narkotyków, ewentualnie obu na raz. Taki widok odebrał Leonie mowę. Próbowała coś z siebie wyksztusić, ale trwoga ściskała jej gardło z taką siłą, że czuła jakby się dusiła. W odruchu chwyciła się nagle za gardło, przyciągając tym wzrok perkusisty.
- Co się stało, aniołku? – objął ją ramieniem, przeszedłszy wpierw przez próg.
  Ognistowłosa spojrzała się na niego, a jej wzrok mówił wszystko. Cały ten strach, który do tej pory w sobie tłumiła, wypłynął razem z kilkoma łzami, które zaświeciły w świetle rozpalonego w jednym ze śmietników ognia.
- Hej… - Matthew nie był pewien, co robić. Spanikował, bo nie spodziewał się takiej reakcji. Odruchowo objął ją czule, zatrzymując całą eskapadę. Biło od niej przyjemne ciepło. – Leo…
  Jorel przewrócił tylko oczami i wymamrotał jakieś przekleństwo pod nosem, mijając razem z Georgem tulącą się parę.
- Jak jej przejdzie… - zaczął, ale nie dokończył. Wiedział, że nie ma sensu się produkować, bo Matt i tak wie, co zrobić. – Też się, kurwa, trafiła jakaś nadmiernie humorzasta, wpierw szczęśliwa, potem beczy, a zaraz robi się cięta jak brzytewka – mówił do Georga, nie zważając nawet na obecność kobiety.
  Nie licząc leżącego gdzieś w oddali naćpanego mężczyzny, pozostali sami w korytarzu rozświetlanym kilkoma palącymi się śmietnikami.
- Leo, aniołku… - głos Matta był przepełniony troską.
  Jego aniołek trząsł się w napadzie strachu. Lęk odebrał jej możliwość racjonalnego myślenia. Czuła się jakby całkowicie straciła panowanie nad swoim ciałem. Z oczu, co jakiś czas, wypływały świeże łzy, nie pozwalając pozostawionym śladom zaschnąć.
  Matthew nie chciał zwlekać, więc wziął rudowłosą na ręce i zaniósł tam, gdzie miało się odbyć ważne zebranie. Zastał wszystkich rozsianych po kątach całego pomieszczenia. Charlie wyciągał akurat sześciopak z lodówki, J-Dog rozmawiał po cichu z Johnnym, a gdzieś na drugiej stronie pokoju Funny Man ponownie chichrał się z czegoś razem z Dannym.
  Kiedy czarnowłosy wkroczył z Leoną na rękach do pokoju, niewiele się zmieniło. Każdy nadal był zajęty sobą. Usiadł więc na sofie, układając Leonę sobie na kolanach. Objęła go za szyję, pozbawionymi prawie całkowicie sił rękoma. Cały czas biło od niej to przyjemne ciepło, którego Matthew nie mógł zaznać od dziesiątek lat. Którego tak bardzo mu brakowało. Wyczuwał jej przyspieszone bicie serca, cały czas była roztrzęsiona, aczkolwiek bardzo starała się opanować te wszystkie złe emocje.
  Po dobrych dziesięciu minutach dopiero, Jorel postanowił się odezwać.
- Dobra, kurwa, bo nie wytrzymam ani minuty dłużej – był strasznie sfrustrowany całą tą sytuacją. – Kobieto, ogarnij się już. Owszem, domyślam się, jak bardzo musisz być zdezorientowana i w ogóle, ale błagam… Mamy do wyjaśnienia kilka ważnych spraw, a nie chcę marnować na takie coś zbyt wiele czasu, mam plany związane ze swoim życiem, ale ty – tak, właśnie ty – je zaburzyłaś. Nie jestem skory do współczucia, nie oczekuj ode mnie żadnych forów i pocieszeń. Będę szczery do bólu, nie ważne czy będziesz mnie błagać i ryczeć, żebym przestał – póki nie powiem, tego, co mam do powiedzenia, nie przestanę. Rozumiemy się?
  Leona nie racząc nawet się do niego obrócić, kiwnęła tylko potwierdzająco głową.
- Kiedy do ciebie mówię, to na mnie patrz – jego słowa brzmiały jak rozkaz.
  Rudowłosa pociągnęła tylko nieelegancko nosem, odchrząknęła i usiadła obok czarnowłosego perkusisty. Nie był z tego powodu zadowolony.
- Tak dobrze? – miała roztrzęsiony głos, ale było w nim słychać nutkę rywalizacji. Patrzyła liderowi prosto w jego brązowe oczy.
  Żadne nie chciało ustąpić. Jorel odchrząknął tylko i nie opuszczał wzroku.
- Prawie – odpowiedział – jeszcze tylko musisz przestać się ze mną mierzyć, bo wyjdzie ci to tylko na złe.
  Przymrużyła tylko spuchnięte od płaczu oczy. Dopiero kiedy Matt przyznał J-Dogowi rację, Leona bardzo niechętnie opuściła wzrok na podłogę.
- Tak więc od czego zaczniemy?
- Od małego browarka – wtrącił się Charlie, i korzystając ze swojej nietypowej umiejętności telekinezy, podał wszystkim po jednym, schłodzonym piwie. – Przepraszam maleńka, ale to jest ostatni sześciopak, jaki nam został. Możesz co najwyżej na współę z Mattiem wypić.
- Nie dziękuję – odpowiedziała całkiem przyjaźnie, ale nadal z nutą smutku i złości. – Jestem abstynentką.
- No chyba, że tak…
  Po pomieszczeniu rozległ się kilka razy syk otwieranej butelki. Cały zespół zaczął sobie spokojnie sączyć napój, kiedy Jorel nagle wybuchł złością.
- Kurwa, Jordon – o mały włos, a opluł by się piwem – ty to specjalnie zrobiłeś! Musiałeś akurat teraz!?
- Wyluzuj, chłopie – usiadł na sofie obok pary, rozkładając się. – Jesteś dzisiaj strasznie nerwowy. I to tylko przez naszego aniołeczka? – ostatnie określenie wypowiedział, rzucając rozbawione spojrzenie na perkusistę siedzącego obok. Nie był zadowolony.
- Tak – odpowiedział sucho i wziął kolejnego łyka.
  Ponownie nastała dziwna, niewyjaśniona cisza.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz