-
Ulala… Kogo my tu mamy? – Zapytał się zziajany Dylan. Nieźle
wariował, chociaż był to tylko gościnny występ w klubie. –
Znamy się?
Piątka
zbliżała się do Leony. Ta, przestraszona takim widokiem, aż
odeszła parę kroków w tył. Gdyby nie ściana, pewnie by się
nawet nie zatrzymała.
-
No nie koniecznie – odpowiedział za kobietę Matthew, podchodząc
do niej. – Może i się widzieliście, ale na pewno jej nie znasz.
-
O matko, Mattie – westchnął meksykanin. – A ty znowu swoje?
Rudowłosa
zerkała to na perkusistę, to na wokalistę. Zabijali się wzrokiem.
W powietrzu wisiała tak ciężka atmosfera, że aż zwalała z nóg.
Leona czuła się, jakby to było z jej winy.
-
Ch… Chłopaki… – przerwała przerażającą ciszę.
Obaj
jak na komendę spojrzeli na nią. Po raz pierwszy źle się poczuła,
będąc obserwowaną przez kogoś, z kim rozmawia. Zdenerwowanie dało
się od niej wyczuć na kilometr. Oczka miała niewinne i cały czas
próbowała zrobić coś pożytecznego z jej rękoma.
-
Wydaje mi się, że nie chcecie tutaj wyjaśniać swoich prywatnych
porachunków – przebiegała błyskawicznie wzrokiem po każdym z
mężczyzn. Najbardziej przerażał ją wzrok J-Doga. Przewiercał ją
na wylot. Gdybym miała duszę, pomyślała sobie, poprawiając
okulary na nosie, to by mi ją wypalił, na powrót przywrócił do
życia i ponownie spalił. Tak na wszelki wypadek.
Uciążliwy
był także wzrok Georga. Był nieprzenikliwy. Jego wyraz twarzy
niczego nie mówił, potrafił ukryć swoje uczucia, jak
profesjonalny zabójca. Musiał wiele przejść, uciekła wzrokiem z
twarzy mężczyzny, gdzieś w dal. Słychać to w piosenkach, a co
dopiero, jak teraz na niego patrzę. Choć zrobiło mi się go trochę
żal, to i tak bardziej wzbudza we mnie trwogę. Jego kamienna twarz
nie mówi dosłownie niczego, mógłby zarazem rzucić się teraz na
mnie z nożem, jak i przytulić i powiedzieć „Kocham jednorożce!”.
Daniel
był Leoną nadzwyczaj zaintrygowany. Przyglądał jej się bacznie,
chociaż starał się nie zwracać na siebie uwagi. Nie wychodziło
mu to najlepiej. Rzucał jej od czasu do czasu wyzywające
spojrzenia, wyzwań tych zielonooka nie przyjmowała. Chciała grać
chłodną i opanowaną, ale wychodziło jej to na równi z
umiejętnością ukrywania ciekawości Danny’ego.
Jordon
jako tako nie był kobietą zainteresowany. Zagubił się gdzieś w
tłumie rozochoconych kobiet i podekscytowanych mężczyzn. Nie
raczył nawet spojrzeć w stronę reszty swojej kompanii.
-
Dobra, nie ma co się opierdalać – pstryknął palcami Jorel,
odwracając uwagę od kobiety. Poczuła wielką ulgę. – Mamy ważne
sprawy do omówienia i wyjaśnienia, jakie, dowiecie się na miejscu.
-
A gdzie…
-
CHARLIE, ZJEBIE – wrzasnął w tłum. – ZWIJAMY SIĘ!
Zero
reakcji.
-
WIEM, ŻE MNIE SŁYSZYSZ SKURCZYBYKU! PRZESTAŃ WYRYWAĆ LASKI I
WRACAJ TUTAJ NA TEN TYCHMIAST!
Znowu
nic.
Już
chciał po raz kolejny wydrzeć się przez głośno lecącą muzykę,
kiedy Leona się przemogła. W mgnieniu oka podeszła do
brązowookiego i przykładając mu palec do ust, nakazała siedzieć
cicho. Mężczyzna jak porażony odsunął się od rudowłosej o
krok. Nie ufał jej i czuł do niej wstręt. Nienawidził wampirów
całym, niebijącym już od dawna, sercem.
Leo
niczym cień zaczęła wymijać dziesiątki ludzi, nie zwracając na
siebie w ogóle uwagi. Wmieszała się w tłum i piątka członków
zespołu zgubiła ją z oczu.
Oh,
jaka ulga, westchnęła głośno, myślałam, że zapadnę się tam
pod ziemię! Te ich wzroki… Brr! Zastanawiam się czy naprawdę nie
lepszym pomysłem byłoby posłuchanie Viktora. Jeśli on mówi, że
coś jest z nimi nie tak, to tak jest. On się nigdy nie myli…
Dobra, ale teraz skup się Leosia. Szukamy… O, no patrz, na
pierwszy rzut oka widać, że to on.
Wokół
baru widniała grupka bardzo ładnych kobiet, które nie były do
końca trzeźwe. Na samym środku zebranych siedział, oparty na
łokciach o bar, facet w czarnej czapce z napisem „LA Lakers” i
okularach przeciwsłonecznych. O matko, jak to wygląda!
Przeciwsłoneczne okulary w ciemnym, jak nie wiem co, lokalu!
Prześliznęła
się między dziewczynami.
-
Charlie – zaczęła otwarcie. – J-Dog cię wzywa…
-
O, mała! – aż uchylił na jej widok okulary. – A my to się
chyba nie znamy, co?
-
Nie, nie znamy się – odpowiedziała sucho. – I nie poznamy
lepiej, jak nie pójdziesz do Jorela, bo prędzej zginiesz, niż
bezkarnie ze mną pogadasz.
Zdziwił
się facet niezmiernie, ale czuł, że nieznajoma ma rację. Pożegnał
się ze swoim haremem i ruszył za rudowłosą.
-
Powiesz mi przynajmniej jak masz na imię, ślicznotko? – podążał
za nią cierpliwie wśród tłumu.
Kobieta
zachowała milczenie przez resztę drogi.
-
Leona – doczekał się odpowiedzi, ale nie z tych ust, z jakich
chciał to usłyszeć. Odpowiedział mu Matthew. – I uważaj na
słowa, Terrel.
-
Uhu, robi się poważnie, co? – uśmiechnął się szyderczo
Charlie. – Już z nazwiskami wyjeżdżasz, St. Claire?
Charlie
roześmiał się. Tylko jemu i Dylanowi było do śmiechu. Reszta
zachowała grobowe milczenie i czekała na spokój. Szczególnie
Jorel.
Włoch
odchrząknął.
-
Straciliśmy wystarczająco dużo czasu, jełopy – cały czas był
zdenerwowany, rzucał wyzwiskami na prawo i lewo. – Nie mamy co tu
dłużej przebywać. Zagraliśmy, co nasze i pakujemy manatki.
-
A co z wampirem…? – zapytał się półgłosem George.
J-Dog
syknął tylko na sam dźwięk tego słowa.
-
Idzie z nami – oświadczył, niezbyt szczęśliwy. – Nie mamy
wyboru.
-
Ależ mamy, tyle, że byłoby to z leksza… niehumanitarne. I nie
spodobało by się pewnym osobom w tym towarzystwie – rzucił
dosadne spojrzenie perkusiście Dylan.
Jego
twarz przybrała groźny wygląd. Zmarszczył brwi i wykrzywił usta,
jakby chciał wykląć swojego przyjaciela, ale coś mu to
uniemożliwiło. A raczej ktoś. Leona zauważyła tą okropną
zmianę i natychmiastowo ścisnęła dłoń czarnowłosego, szepcząc
tylko pod nosem.
-
Mattie – jej szept, jak cichy dźwięk dzwoneczków, rozbrzmiał
tylko w uszach Matthew. To było wypowiedziane zbyt cicho dla reszty
towarzystwa. – Tylko spokojnie, nie rób żadnych głupstw…
-
Że ty masz w sobie tyle wyrozumiałości… - wyszeptał równie
cicho. – I jeszcze zachowujesz spokój w takiej sytuacji, jak ta.
Jesteś naprawdę niesamowita, Leo.
Uśmiechnęła
się kącikiem ust. Nie uszło to uwadze Jorela, cały czas miał
kobietę na oku. Obrzucił ją pogardliwym wzrokiem, po czym ruchem
głowy wskazał tylne wyjście z lokalu. Wszyscy bez komentarza
ruszyli za liderem.
Na
zewnątrz było jeszcze ciemno. Było trochę po czwartej, a na
niebie świeciły jeszcze niewyraźnie gwiazdy. Widok nieba nocą w
mieście nie zachwycał, prędzej wprawiał w rozpacz. Na przedzie
szli Daniel z Dylanem i gawędzili o czymś zawzięcie, potem, za
nimi maszerowali Leona z Matthew, trzymali się za dłonie. Kilka
kroków za nimi szedł Jordon. Sam. Na samym końcu, żeby mieć
wszystkich na oku, szedł Jorel i George.
-
Czemu tak bardzo jej nie ufasz? – wyszeptał George, mając wielką
nadzieję, że nikt oprócz Jorela tego nie usłyszy. Tak się nie
dało. Leona wyłapawszy te słowa, wyostrzyła swój słuch troszkę
mocniej i skupiła się na głosach mężczyzn.
-
Dowiesz się na miejscu – odpowiedział sucho J-Dog. – Nie będę
powtarzał tego milion razy.
Westchnął
głośno i jeszcze głośniej przeklął, żeby sobie ulżyć. W
uszach rudowłosej zadzwoniło. Wykrzywiła się w grymasie bólu i
ścisnęła troszkę mocniej dłoń Matta.
-
Nie ładnie tak podsłuchiwać – wymamrotał czarnowłosy z nutką
rozbawienia.
Leona
mruknęła tylko speszona i odwróciła od mężczyzny twarz, żeby
ten nie widział jej rumieńca. Jak dziecko, pomyślał i stłumił w
sobie śmiech. Nie chciał przykuwać uwagi, atmosfera w tej grupie
robiła się coraz cięższa i gęsta, tak że niedługo będzie ją
można kroić nożem.
Nagle
rozmowa Dylana i Daniela ustała. Oboje zerknęli za siebie i
zmierzyli idącą za nimi parę wzrokiem, po czym spojrzeli sobie w
oczy i odwrócili się z powrotem. Jak nagle wybuchli śmiechem, tak
reszta grupy podskoczyła.
-
O matko… - Leona złapała się za serce.
-
O ja pierdole… - zawtórował wampirzycy Jorel. Tyle, że nie
złapał się za serce. – Pokurwiło was?
-
My… my… - Danny chciał coś powiedzieć, ale dostał śmiechawki
i nie potrafił się powstrzymać.
-
Byłoby świetnie, gdybyście przestali – wtrąciła surowo Leona.
Jej melodyjny do tej pory głos, zamienił się w nieznośny i
chłodny. – Jest środek nocy i idziemy przez środek miasta.
Wszyscy
wzdrygnęli się na dźwięk tak przerażającego głosu. Pierwsza
dwójka momentalnie przestała się śmiać.
-
Dziękuję – nie rezygnowała ze stanowczego i lodowatego tonu.
Co
ją tak nagle ugryzło, pomyślał Matt, spoglądając na nią kątem
oka.
Mam
nadzieję, że pozór zdenerwowanej zadziałał, pomyślała w tym
samym czasie rudowłosa. Stres i przerażenie wyżerało ją od
środka.
Grasz
jak profesjonalistka, przyglądał się nieufnie Leonie Jorel, nie
ważne jak bardzo będziesz chciała ukryć przede mną strach, nie
uda ci się to – ja strachem innych żyję, strasznie mnie korci,
żeby nasycić się twoją esencją życiową, ale wiem, że nie
mogę. Matthew by mnie chyba chciał rozszarpać własnoręcznie na
milion kawałków. Nie żeby mu się to udało, bo prędzej sam by
zginął, ale z pewnością próbowałby. Chociaż…
J-Dog
uśmiechnął się złowieszczo kącikiem ust – poczekamy,
zobaczymy.
Po
czasie kilkunastu minut cała paczka znalazła się przed zaniedbanym
budynkiem. Wręcz ruderą, gdzie co jakiś czas można było wzrokiem
złowić leżących na ziemi, prawie nieprzytomnych ludzi. Wszyscy
byli pod wpływem alkoholu albo narkotyków, ewentualnie obu na raz.
Taki widok odebrał Leonie mowę. Próbowała coś z siebie
wyksztusić, ale trwoga ściskała jej gardło z taką siłą, że
czuła jakby się dusiła. W odruchu chwyciła się nagle za gardło,
przyciągając tym wzrok perkusisty.
-
Co się stało, aniołku? – objął ją ramieniem, przeszedłszy
wpierw przez próg.
Ognistowłosa
spojrzała się na niego, a jej wzrok mówił wszystko. Cały ten
strach, który do tej pory w sobie tłumiła, wypłynął razem z
kilkoma łzami, które zaświeciły w świetle rozpalonego w jednym
ze śmietników ognia.
-
Hej… - Matthew nie był pewien, co robić. Spanikował, bo nie
spodziewał się takiej reakcji. Odruchowo objął ją czule,
zatrzymując całą eskapadę. Biło od niej przyjemne ciepło. –
Leo…
Jorel
przewrócił tylko oczami i wymamrotał jakieś przekleństwo pod
nosem, mijając razem z Georgem tulącą się parę.
-
Jak jej przejdzie… - zaczął, ale nie dokończył. Wiedział, że
nie ma sensu się produkować, bo Matt i tak wie, co zrobić. – Też
się, kurwa, trafiła jakaś nadmiernie humorzasta, wpierw
szczęśliwa, potem beczy, a zaraz robi się cięta jak brzytewka –
mówił do Georga, nie zważając nawet na obecność kobiety.
Nie
licząc leżącego gdzieś w oddali naćpanego mężczyzny, pozostali
sami w korytarzu rozświetlanym kilkoma palącymi się śmietnikami.
-
Leo, aniołku… - głos Matta był przepełniony troską.
Jego
aniołek trząsł się w napadzie strachu. Lęk odebrał jej
możliwość racjonalnego myślenia. Czuła się jakby całkowicie
straciła panowanie nad swoim ciałem. Z oczu, co jakiś czas,
wypływały świeże łzy, nie pozwalając pozostawionym śladom
zaschnąć.
Matthew
nie chciał zwlekać, więc wziął rudowłosą na ręce i zaniósł
tam, gdzie miało się odbyć ważne zebranie. Zastał wszystkich
rozsianych po kątach całego pomieszczenia. Charlie wyciągał
akurat sześciopak z lodówki, J-Dog rozmawiał po cichu z Johnnym, a
gdzieś na drugiej stronie pokoju Funny Man ponownie chichrał się z
czegoś razem z Dannym.
Kiedy
czarnowłosy wkroczył z Leoną na rękach do pokoju, niewiele się
zmieniło. Każdy nadal był zajęty sobą. Usiadł więc na sofie,
układając Leonę sobie na kolanach. Objęła go za szyję,
pozbawionymi prawie całkowicie sił rękoma. Cały czas biło od
niej to przyjemne ciepło, którego Matthew nie mógł zaznać od
dziesiątek lat. Którego tak bardzo mu brakowało. Wyczuwał jej
przyspieszone bicie serca, cały czas była roztrzęsiona, aczkolwiek
bardzo starała się opanować te wszystkie złe emocje.
Po
dobrych dziesięciu minutach dopiero, Jorel postanowił się odezwać.
-
Dobra, kurwa, bo nie wytrzymam ani minuty dłużej – był strasznie
sfrustrowany całą tą sytuacją. – Kobieto, ogarnij się już.
Owszem, domyślam się, jak bardzo musisz być zdezorientowana i w
ogóle, ale błagam… Mamy do wyjaśnienia kilka ważnych spraw, a
nie chcę marnować na takie coś zbyt wiele czasu, mam plany
związane ze swoim życiem, ale ty – tak, właśnie ty – je
zaburzyłaś. Nie jestem skory do współczucia, nie oczekuj ode mnie
żadnych forów i pocieszeń. Będę szczery do bólu, nie ważne czy
będziesz mnie błagać i ryczeć, żebym przestał – póki nie
powiem, tego, co mam do powiedzenia, nie przestanę. Rozumiemy się?
Leona
nie racząc nawet się do niego obrócić, kiwnęła tylko
potwierdzająco głową.
-
Kiedy do ciebie mówię, to na mnie patrz – jego słowa brzmiały
jak rozkaz.
Rudowłosa
pociągnęła tylko nieelegancko nosem, odchrząknęła i usiadła
obok czarnowłosego perkusisty. Nie był z tego powodu zadowolony.
-
Tak dobrze? – miała roztrzęsiony głos, ale było w nim słychać
nutkę rywalizacji. Patrzyła liderowi prosto w jego brązowe oczy.
Żadne
nie chciało ustąpić. Jorel odchrząknął tylko i nie opuszczał
wzroku.
-
Prawie – odpowiedział – jeszcze tylko musisz przestać się ze
mną mierzyć, bo wyjdzie ci to tylko na złe.
Przymrużyła
tylko spuchnięte od płaczu oczy. Dopiero kiedy Matt przyznał
J-Dogowi rację, Leona bardzo niechętnie opuściła wzrok na
podłogę.
-
Tak więc od czego zaczniemy?
-
Od małego browarka – wtrącił się Charlie, i korzystając ze
swojej nietypowej umiejętności telekinezy, podał wszystkim po
jednym, schłodzonym piwie. – Przepraszam maleńka, ale to jest
ostatni sześciopak, jaki nam został. Możesz co najwyżej na współę
z Mattiem wypić.
-
Nie dziękuję – odpowiedziała całkiem przyjaźnie, ale nadal z
nutą smutku i złości. – Jestem abstynentką.
-
No chyba, że tak…
Po
pomieszczeniu rozległ się kilka razy syk otwieranej butelki. Cały
zespół zaczął sobie spokojnie sączyć napój, kiedy Jorel nagle
wybuchł złością.
-
Kurwa, Jordon – o mały włos, a opluł by się piwem – ty to
specjalnie zrobiłeś! Musiałeś akurat teraz!?
-
Wyluzuj, chłopie – usiadł na sofie obok pary, rozkładając się.
– Jesteś dzisiaj strasznie nerwowy. I to tylko przez naszego
aniołeczka? – ostatnie określenie wypowiedział, rzucając
rozbawione spojrzenie na perkusistę siedzącego obok. Nie był
zadowolony.
-
Tak – odpowiedział sucho i wziął kolejnego łyka.
Ponownie
nastała dziwna, niewyjaśniona cisza.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz