W
słuchawkach rozbrzmiała muzyka, pasująca wręcz idealnie do
nastroju Leony. Była przeszczęśliwa, a utworem rozchodzącym się
po jej całym ciele niby kojący balsam, była „Wiosna”
Vivaldiego. Pląsała po ogrodzonym podwórku i nie zwracała uwagi
na szary dzień – cieszyła się chwilą. Nie powstrzymywała się
nawet przed głośnym nuceniem, ponieważ wiedziała, że jej głos
jest idealnie czysty.
Swoje
dzikie, lecz dostojne podrygi i tańce niby na scenie, wykonywała z
zamkniętymi oczyma, znając każdy jeden centymetr swojego podwórka
na pamięć. Nie było szans, żeby się o cokolwiek potknęła.
Płomienno
czerwone włosy, jak rozszalały ogień, wirowały w powietrzu.
Nagle,
podczas robienia zgrabnego piruetu, poczuła na sobie wzrok i
natychmiastowo zwróciła wzrok ku bramie. Straciła równowagę i
upadła z gracją na ziemię. Złapała się za głowę, potrząsnęła
nią i w błyskawicznym tempie ponownie zerknęła na bramę.
Widziała tylko odchodzącą pospiesznym krokiem sylwetkę.
-
Hej! – krzyknęła za tą osobą i podeszła do bramy dość
niespiesznym krokiem. – Hej!
Mężczyzna
– widziała po posturze – nie zwrócił na nią uwagi. Poprawił
tylko czapkę i wydać by się mogło, przyspieszył kroku.
Otworzyła
bramę i ledwo wyszła na chodnik, a kolejny przechodzień wpadł na
nią, szybko przeprosił i pognał dalej. Leona nie miała nawet
szans na spojrzenie na jego twarz.
-
Matt! – usłyszawszy to wołanie, zaczęła kojarzyć fakty. Po
kolei. Ten głos. Imię mężczyzny krzyczącego. Imię wołanego.
Stanęła
jak wryta i z wytrzeszczem wpatrywała się we, w tym momencie
kłócących się, mężczyzn. Oj nie, nie byli jej oni obcymi.
-
Jezu, czego ty ode mnie chcesz!? – usłyszała ten
charakterystyczny, charczący głos swojego ulubieńca. – Czy on ci
nie wystarczy!? Ile jeszcze!? Ile jeszcze razy będziesz mi odbierał…
-
Mattie! Uspokój się! – meksykanin o głębokiej barwie głosu
złapał Matthew’a za barki, a ten chwycił jego ręce i z dużą
siłą strącił je z siebie.
-
Nie nazywaj mnie tak draniu i wynoś się sprzed moich oczu, nie mam
ochoty teraz na ciebie patrzeć! – włożył słuchawki do uszu i
ruszył, ku zdziwieniu rudowłosej, w jej stronę z głową
opuszczoną na dół.
Dylan
pozostał na rogu ulicy. Czarnowłosy energicznym, ale przepełnionym
wściekłością, krokiem przeszedł obok kobiety.
-
Mattie… - wyszeptała głosem pełnym współczucia i bólu.
Usłyszał
to, zatrzymał się i zaskoczony spojrzał na rudowłosą.
-
Ah! – przysłoniła usta dłońmi. Na twarz wstąpił
natychmiastowo rumieniec, a jej szmaragdowe oczy były pełne
popłochu. – J… Ja…
Westchnął
tylko i uśmiechnął się kącikiem ust, po czym ruszył dalej w
swoją stronę.
Jak
on to usłyszał!? Przecież ja to powiedziałam pod nosem, prawie że
sama do siebie, a on na dodatek słuchał muzyki tak głośno, że i
mi udało się wyłapać, co to za piosenka!
Co
raz wyraźniej słyszała powolne, spokojne kroki. Ktoś nadchodził
z lewej strony. Wzięła głęboki oddech. Poczuła znany jej już
męski perfum. Tak samo intensywny. Gwałtownym ruchem głowy,
zwróciła się ku Dylanowi, a ten puścił jej oczko i podążył za
przyjacielem.
Kiedy
ją minął jakby nigdy nic, Leona, całkowicie zdezorientowana
zaszłą przed chwilą sytuacją, uniosła ręce chcąc pokazać jak
bardzo nie wiedziała, co tu się właśnie stało.
Czy
mi się wydaje, pomyślała, czy dopiero co minęło mnie dwóch
członków Hollywood Undead? Na dodatek poprztykali się, a ja byłam
świadkiem ich kłótni. Żeby było śmieszniej, Da Kurlzz, moja
miłość, zwrócił na mnie uwagę, a największy kobieciarz pod
słońcem puścił mi oczko… Czy to nie jest aby dalsza część
tego chorego snu?
Uszczypnęła
się. Nie, to nie jest sen.
-
No i co jeszcze? – spytała sama siebie, idąc śladami, daleko
przed nią znajdujących się mężczyzn. – Pożałuję swojej
decyzji, jestem tego wręcz pewna!
Włożywszy
do uszu słuchawki, drgnęła lekko. Leciała ta sama piosenka,
której słuchał Matthew – From The Ground.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz