Hollywood Undead

czwartek, 15 maja 2014

Rozdział 10

     W słuchawkach rozbrzmiała muzyka, pasująca wręcz idealnie do nastroju Leony. Była przeszczęśliwa, a utworem rozchodzącym się po jej całym ciele niby kojący balsam, była „Wiosna” Vivaldiego. Pląsała po ogrodzonym podwórku i nie zwracała uwagi na szary dzień – cieszyła się chwilą. Nie powstrzymywała się nawet przed głośnym nuceniem, ponieważ wiedziała, że jej głos jest idealnie czysty.
  Swoje dzikie, lecz dostojne podrygi i tańce niby na scenie, wykonywała z zamkniętymi oczyma, znając każdy jeden centymetr swojego podwórka na pamięć. Nie było szans, żeby się o cokolwiek potknęła.
  Płomienno czerwone włosy, jak rozszalały ogień, wirowały w powietrzu.
  Nagle, podczas robienia zgrabnego piruetu, poczuła na sobie wzrok i natychmiastowo zwróciła wzrok ku bramie. Straciła równowagę i upadła z gracją na ziemię. Złapała się za głowę, potrząsnęła nią i w błyskawicznym tempie ponownie zerknęła na bramę. Widziała tylko odchodzącą pospiesznym krokiem sylwetkę.
- Hej! – krzyknęła za tą osobą i podeszła do bramy dość niespiesznym krokiem. – Hej!
  Mężczyzna – widziała po posturze – nie zwrócił na nią uwagi. Poprawił tylko czapkę i wydać by się mogło, przyspieszył kroku.
  Otworzyła bramę i ledwo wyszła na chodnik, a kolejny przechodzień wpadł na nią, szybko przeprosił i pognał dalej. Leona nie miała nawet szans na spojrzenie na jego twarz.
- Matt! – usłyszawszy to wołanie, zaczęła kojarzyć fakty. Po kolei. Ten głos. Imię mężczyzny krzyczącego. Imię wołanego.
  Stanęła jak wryta i z wytrzeszczem wpatrywała się we, w tym momencie kłócących się, mężczyzn. Oj nie, nie byli jej oni obcymi.
- Jezu, czego ty ode mnie chcesz!? – usłyszała ten charakterystyczny, charczący głos swojego ulubieńca. – Czy on ci nie wystarczy!? Ile jeszcze!? Ile jeszcze razy będziesz mi odbierał…
- Mattie! Uspokój się! – meksykanin o głębokiej barwie głosu złapał Matthew’a za barki, a ten chwycił jego ręce i z dużą siłą strącił je z siebie.
- Nie nazywaj mnie tak draniu i wynoś się sprzed moich oczu, nie mam ochoty teraz na ciebie patrzeć! – włożył słuchawki do uszu i ruszył, ku zdziwieniu rudowłosej, w jej stronę z głową opuszczoną na dół.
  Dylan pozostał na rogu ulicy. Czarnowłosy energicznym, ale przepełnionym wściekłością, krokiem przeszedł obok kobiety.
- Mattie… - wyszeptała głosem pełnym współczucia i bólu.
  Usłyszał to, zatrzymał się i  zaskoczony spojrzał na rudowłosą.
- Ah! – przysłoniła usta dłońmi. Na twarz wstąpił natychmiastowo rumieniec, a jej szmaragdowe oczy były pełne popłochu. – J… Ja…
  Westchnął tylko i uśmiechnął się kącikiem ust, po czym ruszył dalej w swoją stronę.
  Jak on to usłyszał!? Przecież ja to powiedziałam pod nosem, prawie że sama do siebie, a on na dodatek słuchał muzyki tak głośno, że i mi udało się wyłapać, co to za piosenka!
  Co raz wyraźniej słyszała powolne, spokojne kroki. Ktoś nadchodził z lewej strony. Wzięła głęboki oddech. Poczuła znany jej już męski perfum. Tak samo intensywny. Gwałtownym ruchem głowy, zwróciła się ku Dylanowi, a ten puścił jej oczko i podążył za przyjacielem.
  Kiedy ją minął jakby nigdy nic, Leona, całkowicie zdezorientowana zaszłą przed chwilą sytuacją, uniosła ręce chcąc pokazać jak bardzo nie wiedziała, co tu się właśnie stało.
  Czy mi się wydaje, pomyślała, czy dopiero co minęło mnie dwóch członków Hollywood Undead? Na dodatek poprztykali się, a ja byłam świadkiem ich kłótni. Żeby było śmieszniej, Da Kurlzz, moja miłość, zwrócił na mnie uwagę, a największy kobieciarz pod słońcem puścił mi oczko… Czy to nie jest aby dalsza część tego chorego snu?
  Uszczypnęła się. Nie, to nie jest sen.
- No i co jeszcze? – spytała sama siebie, idąc śladami, daleko przed nią znajdujących się mężczyzn. – Pożałuję swojej decyzji, jestem tego wręcz pewna!
  Włożywszy do uszu słuchawki, drgnęła lekko. Leciała ta sama piosenka, której słuchał Matthew – From The Ground.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz