Zadzwonił
dzwonek. Wszyscy opuścili klasę.
Z
wyjątkiem Diany.
-
Dziękuję, że zostałaś – powiedziała zza splecionych dłoni,
opartych na biurku.
-
Streszczaj się – przeniosła wzrok z telefonu na nauczycielkę –
nie mam zamiaru siedzieć tu dłużej, niż to potrzebne.
-
Ciebie naprawdę nie obchodzi, co myślą sobie o tobie inni, co?
-
Nie – powiedziała sucho, wręcz z gniewem w głosie – w dupie
mam opinie innych.
-
Kultura osobista, to także nieznana tobie rzecz?
Nastolatka
przewróciła oczami.
-
Tak myślałam…
-
Czego ode mnie chciałaś? – spytała dobitnie, bo bardzo chciała
już iść do domu.
-
A niczego konkretnego – westchnęła. Diana wychwyciła w głosie
Leony nutę człowieczeństwa. Aż się wzdrygnęła. – Chciałam
dowiedzieć się co nieco o kimś, z kim dzielę swoje
zainteresowania.
-
Hę? – czarnowłosa była zdezorientowana. My? Wspólne
zainteresowania?
-
I
pledge allegiance to the mask… -
Leona uśmiechnęła się półgębkiem i wstała.
-
That
I’ll carry whisky in my flask…
-
dziewczyna wytrzeszczyła oczy i także wstała z miejsca.
…And
anyone to diss HU,
I’ll
leave a bloody mess of you!
For
we are family, you and I,
Three
Tears for you, we all shall cry!
All
day, all night, our flags will fly,
The
Undead Army till the day we die!
Echo
przysięgi rozbrzmiewało jeszcze przez chwilę w klasie. Diana nie
mogła z siebie wyksztusić ani słowa więcej. Przez długi czas
wpatrywała się, stojąc na baczność, w nauczycielkę, która
pakowała swoje rzeczy.
-
P… pani… - wyjąkała w końcu.
-
Hm? – Leona zerknęła na osłupiałą uczennicę, nie przestając
się pakować. Zachowywała się jakby zupełnie nic się nie
zdarzyło.
-
Skąd…
-
Cóż, wiem, że jestem ślepa – uśmiechnęła się i chwyciła
teczkę w dłoń – ale nie trudno jest zauważyć białą gołębicę
z granatem pod ogromnym napisem Hollywood
Undead
na
czarnej koszulce. W sumie to trudno, jak nie mam okularów, ale to
nic… Tak, tak, wiem, że już nie pierwszy raz masz na sobie tą
bluzkę, ale jakoś nie miałam… odwagi się do ciebie odezwać.
-
Ale przecież dopiero co darłaś na mnie ryja, że cię olewam!
-
No, tylko spokojnie – zabrzmiała trochę surowiej – bez takich
proszę. Nie jesteśmy najlepszymi przyjaciółkami, mimo wszystko
wymagam trochę kultury.
-
Sorry…
Leona
chrząknęła i podeszła do czarnowłosej.
-
P… - słowo nie mogło jej przejść przez gardło. Zupełnie jakby
nie wiedziała, jak je wypowiedzieć. Było dla niej niczym słówko
z języka obcego, którego nigdy nie słyszała. – Przepraszam…
-
Od razu lepiej – zielonooka uśmiechnęła się szczerze.
O
w mordę, pomyślała sobie Diana, wpatrując się w słodki uśmiech
swojej nauczycielki. Przecież to nie jest ta sama kobieta, która
jeszcze parę minut temu siedziała tam przy biurku…
-
Hm? Co się mi tak przypatrujesz? Coś nie tak? Może mam coś na
twarzy? – Leona poczuła się lekko zmieszana i spanikowała.
-
Nie, nie! – uspokoiła ją natychmiastowo. – Wszystko jest ok…
-
… tylko? – rudowłosa wiedziała, że Diana miała coś jeszcze
do powiedzenia.
-
Nie no, po prostu nie mogę uwierzyć, że ty taka jesteś –
odpowiedziała częściową prawdę. Przecież nie powiem jej, że
jest ładna, bo to dziwnie zabrzmi!
-
Mhm… - zachichotała równie słodko i niewinnie, jak wcześniej
się uśmiechnęła.
Ta
kobieta ma w sobie tyle uroku!
Leona
zerknęła na srebrny zegarek na jej nadgarstku. Była prawie
szesnasta.
-
Wydaje mi się, że czas na nas – wskazała kciukiem na znajdujące
się za nią otwarte drzwi. – Odprowadzić cię może?
-
Chciałam zapytać o to samo… Ekhem! Znaczy się, tego, no…
Melodyjny
śmiech rozległ się po sali. Diana zrobiła się czerwona.
-
O mamo! Przepraszam cię… Ja… - wzięła głęboki wdech i
uspokoiła się. – Ciebie też nie znałam z tej strony! Chodź
kochana, zobaczymy gdzie nas Los powiedzie.
Idąc
równym krokiem, dziewczyny przeszły się po mieście i
poprzeglądały różne sklepy z ciekawości, czy znajdą tam coś
interesującego i pożytecznego. Leona, kobieta z gracją, za którą
faceci oglądali się bez przerwy, szła krok w krok ze swoją
uczennicą, która reprezentowała sobą nic innego, jak anarchię,
totalny chaos i metal. Szczególnie to ostatnie.
Dogadywały
się bardzo dobrze, choć rozmawiały o błahostkach. Wstąpiły
nawet do kawiarenki na porcję prawdziwych lodów, za które
zapłaciła Leona. Cena ich była wcale nie mała, ale kto bogatemu
zabroni, prawda?
Po
bardzo długim czasie spędzonym ze sobą, trafiły w końcu pod dom
rudowłosej.
-
O kurwa, jaka chata… - westchnęła Diana.
Leona
chrząknęła i skarciła swoją towarzyszkę wzrokiem.
-
Znaczy się… Ładny dom. Jak ty żeś się go dorobiła?
-
Ta historia innym razem – odpowiedziała luźno i poprawiła
osuwające się z jej noska okulary. – Jest bardzo długa, a ja
zbytnio czasu nie mam. Przepraszam…
-
Co ty, nic nie szkodzi. Obowiązki, co?
-
Yup…
-
No cóż… W takim razie do zobaczenia kiedyś po szkole, hm?
Leona
przytaknęła i uśmiechnęła się słodko, po czym podeszła do
bramy. Zanim jednak weszła na podwórko, pożegnała się.
-
Pa kochana.
-
P… pa… - zarumieniła się.
Weź
idź, dziwnie się czuję, jak ona się tak do mnie zwraca. Nikt tak
do mnie wcześniej nie mówił… Heh, ale trzeba przyznać – miłe
uczucie.