-
Jak ci minął dzień Leo? – zagaił Arthur. Przystojny,
charyzmatyczny i bardzo intrygujący mężczyzna, który pracuje
aktualnie jako pedagog w tej szkole. Śmiem stwierdzić, że odkąd
tu jest, to co raz więcej dziewczyn się zmienia na gorsze. Ale czy
to ważne?
-
A jak mógł minąć? – odpowiedziała pytaniem na pytanie, idąc w
stronę parkingu.
-
Diana… Sprawiała ci problemy, przyszła do mnie na samym wręcz
początku pierwszej lekcji. A miała lekcje z tobą.
-
Nie no, nie było żadnego takiego konkretnego powodu – oznajmiła
ludzkim tonem. – Po prostu… Jak wiadomo jestem wśród uczniów
terminatorem i nie dam sobie w kaszę dmuchać, porządek jest
porządkiem…
-
A Diana się postawiła – wciął się wpół słowa. –
Przepraszam, że się tak wcinam i za to, co teraz powiem, ale…
Jesteś przewidywalna.
Leona
wybuchła śmiechem. Na szczęście dookoła nie było nikogo.
-
O jejku – otarła nieistniejącą łzę i poprawiła opadające
okulary. – Przewidywalna… Jeszcze nigdy się tak nie uśmiałam!
Arthur
przyglądał się kobiecie z konsternacją na twarzy. Potrząsnął
głową i zatrzymał się przy swoim samochodzie. Czarne, sportowe
BMW z przyciemnianymi szybami. Jeździłabym, pomyślała Leona,
podgryzając wargę. Nie umknęło to uwadze mężczyzny. Uśmiechnął
się niezauważalnie.
-
Racja… Nie wiem o tobie zbyt wiele, jesteś chodzącą zagadką
Leo. – opuścił wzrok na swój samochód. – Chodzącą zagadką…
-
Staram się jak tylko mogę drogi pedagogu, który wprowadził niezłe
zamieszanie swoją obecnością. Nie jesteś zwykłym człowiekiem…
Zdziwienie
zawitało na jego twarzy. Przełknął głośno ślinę i zamknął
oczy, żeby nie pokazać przerażenia, które go ogarnęło. Mam cię…
-…
Jesteś jedyny w swoim rodzaju – dokończyła sztywno z błyskiem w
oku i podejrzanym uśmieszkiem na ustach. – Rzadko spotyka się
takie ciacha, dlaczego nie poszedłeś na modela? Zarabiałbyś
więcej jak teraz, miałbyś fanek niezliczone tłumy… Czego chcieć
więcej?
-
Rozważałem kiedyś taką propozycję – odburknął nadal nie
patrząc się Leonie w oczy. Utkwił wzrok w drzwiach samochodu.
Chciał jak najszybciej stąd zniknąć. – Nie przyjąłem
propozycji, bo zdecydowanie bardziej interesuje mnie… Praca z
ludźmi.
-
Słaby argument – spojrzała na niego znacząco. – Tam miałbyś
więcej kontaktu z ludźmi niż ci się wydaje.
-
Ale czy tam rozmawiałbym o ich prywatnych problemach? –
zripostował najprościej jak tylko mógł. Leona nie odpowiedziała.
Kiwnęła głową na znak, że ma racje i po prostu ruszyła dalej.
-
Do zobaczenia jutro… Oh! A jednak nie, jutro sobota. – obróciła
się twarzą do kolegi z pracy. – Chyba, że nie masz niczego
przeciwko niezobowiązującemu spotkaniu prywatnie gdzieś przy
kawie? Znam bardzo dobrą kawiarnię…
-
Nie – odpowiedział szorstko. – Nie mam jutro czasu, jestem
bardzo zajęty.
Rudowłosa
obróciła się na pięcie i ruszyła dalej w swoją stronę.
Przejrzałam cię, pomyślała, rozwiązując koka. Takie
zainteresowanie ze strony kobiet nie jest przypadkowe. Twoja uroda
też nie. Ale! Nie wyciągajmy pochopnych wniosków, być może
jestem w błędzie. Swoje przeżyłam, swoje wiem…
Minęła
samochody swoich kolegów po fachu i wyszła na ulicę. Wzięła
głęboki wdech, poprawiła swoje lśniące płomienno czerwone
włosy, wyglądające jak rozszalały ogień na tym lekkim wietrze,
który się zerwał i ruszyła spokojnym krokiem w stronę swojego
domu. Swojej willi, na którą pracowała bardzo długo. Bardzo.
Zasłużyła sobie na taki luksus. W końcu jest kobietą sukcesu –
osiągnęła w swoim rzekomo krótkim życiu bardzo wiele, ale nadal
brakuje jej jednej rzeczy.
Za
każdym razem jak zaczyna o tym rozmyślać, jej serce pęka. Szarpie
się jak szalone i boli nieziemsko. Może i to tylko przysłowie, ale
jak najbardziej prawdziwe, wierszokleci mają rację. Ten
niewytłumaczalny ból w piersi…
-
Aj tam! – powiedziała sama do siebie przechodząc niby duch między
ludźmi. – Koniec smutków, idę do domu, idę się zrelaksować i
odprężyć…
Przymknęła
oczy jakby nigdy nic, kiedy mijały ją po drodze dziesiątki ludzi.
Jakimś cudem uszła z tego cało, na nikogo nie wpadła, a szła tak
przez całą przecznicę. Kiedy poczuła promienie słońca powrotem
na swojej bladej twarzy, zatrzymała się i otworzyła oczy.
Uwielbiała uczucie ciepła jakie dawało słońce, choć w żaden
sposób promienie słoneczne jej nie pomagały. Wręcz odwrotnie.
Przebywanie zbyt długo na słońcu, nie ważne czy całkowicie
opatulona tak, że żaden promyczek na nią nie spadnie, czy ubrana
zwyczajnie jak na lato, groziło jej to oparzeniami skóry, których
już nie raz się nabawiła. Okropne uczucie. Po prostu poziom
melatoniny w jej skórze jest tak niski, że czasami można by
pomyśleć, iż jest chodzącym trupem.
Zachichotała
i zaczęła nucić piosenkę z repertuaru Hollywood Undead, jej
ulubionego zespołu. Leona wielbiła ponad niebiosa tych ludzi, za
każdym razem kiedy tylko o nich pomyślała jej humor się
polepszał. No, są wyjątki – kiedy wpadnie w depresje, a czasami
się jej zdarza, to na okrągło torturuje się smutami, których
mają całkiem sporo. Jej ulubioną piosenką, której za razem
najbardziej nienawidzi, jest Outside. Emocje jakimi jest ona
przepełniona, przyprawiają ją o łzy. Tekst jest w pewien sposób
przepiękny. To nie jest piosenka – to jest arcydzieło.
A
dlaczego jej tak nienawidzi? Z tych samych powodów.
Znalazłszy
się tuż przed bramą do swojego domu, wytrącona ze świata
zamyślenia, zaczęła grzebać w torebce i szukać telefonu. Była
siedemnasta.
Jak
tylko zamknęła za sobą drzwi, zawyła z ulgą, zdjąwszy szpilki.
Chwyciła je w rękę.
-
Jak ja nienawidzę tych butów! Przeklinam cię ty, któryś je
stworzył!
Po
marmurowej podłodze poruszała się na bosaka. Chłód jaki od niej
bił był w tym momencie ukojeniem. Pogoda była wręcz letnia, a
miesiąc wrzesień… Co się z tym światem dzieje!
Nagle
z nicości wyłonił się starszy, niepozorny mężczyzna w czarnym
smokingu. Leżał na nim idealnie, co do centymetra, a muszka nie
była przekrzywiona w żadną stronę, zachowywała idealny balans.
-
Witaj pani – odezwał się, kłaniając nisko.
-
Witaj Viktorze – dygnęła z gracją i poszła dalej z uniesioną
głową niczym dama.
-
Jak minął pani dzień? Czy dzieci sprawiają pani kłopoty?
-
Na co ty liczysz? – zrezygnowała ze sztucznej sztywności
szlacheckiej. – Jedynym kłopotem jest właśnie brak kłopotów…
Chociaż… Jest taka jedna, nowa, Diana Ellson. Kojarzysz może to
nazwisko Viktorze?
-
Nie przypominam sobie, żebym znał jakichkolwiek Ellsonów. –
Odpowiedział stanowczo po chwili namysłu.
Rudowłosa
kiwnęła głową z uznaniem i rzuciła czarne szpilki na drogą,
skórzaną, białą sofę i tuż obok rzuciła sama siebie. Po prostu
padła niby ustrzelona piorunem i wciągnęła powietrze do płuc. Po
około półtorej minuty wypuściła powietrze i zaczęła w
szaleńczym tempie oddychać, powoli starając się oddech wyrównać.
Czemu to miało służyć? Sama nie wiedziała.
Nagle
ją olśniło.
-
Vik? – zaczęła nie zmieniając swojej pozycji.
-
Tak, pani?
-
Co byś powiedział na zabawę w… zwiadowcę?
Mężczyzna
milczał.
-
Chciałabym się czegoś więcej dowiedzieć o tej Dianie. Wiem, że
nie mam szans wydobyć żadnych informacji osobiście więc… -
zamyśliła się. Przypomniała sobie sytuację z rana.
Viktor
czekał na dalszą część wypowiedzi. Wiedział, że Leona ma coś
jeszcze do powiedzenia.
-
Masz czas, Vik, dotychczas nie dostawałeś zbyt często żadnych
ważnych zadań. Tym razem obarczam cię Dianą. Jeśli byś mógł…
Pilnuj jej bezpieczeństwa, ok?
-
Tak jest moja pani – ukłonił się głęboko i zniknął tak samo
szybko jak i się pojawił. Wręcz rozpłynął się w cieniu.
-
Wezmę sobie gorącą kąpiel…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz