Hollywood Undead

czwartek, 15 maja 2014

Rozdział 5

- Jak ci minął dzień Leo? – zagaił Arthur. Przystojny, charyzmatyczny i bardzo intrygujący mężczyzna, który pracuje aktualnie jako pedagog w tej szkole. Śmiem stwierdzić, że odkąd tu jest, to co raz więcej dziewczyn się zmienia na gorsze. Ale czy to ważne?
- A jak mógł minąć? – odpowiedziała pytaniem na pytanie, idąc w stronę parkingu.
- Diana… Sprawiała ci problemy, przyszła do mnie na samym wręcz początku pierwszej lekcji. A miała lekcje z tobą.
- Nie no, nie było żadnego takiego konkretnego powodu – oznajmiła ludzkim tonem. – Po prostu… Jak wiadomo jestem wśród uczniów terminatorem i nie dam sobie w kaszę dmuchać, porządek jest porządkiem…
- A Diana się postawiła – wciął się wpół słowa. – Przepraszam, że się tak wcinam i za to, co teraz powiem, ale… Jesteś przewidywalna.
  Leona wybuchła śmiechem. Na szczęście dookoła nie było nikogo.
- O jejku – otarła nieistniejącą łzę i poprawiła opadające okulary. – Przewidywalna… Jeszcze nigdy się tak nie uśmiałam!
  Arthur przyglądał się kobiecie z konsternacją na twarzy. Potrząsnął głową i zatrzymał się przy swoim samochodzie. Czarne, sportowe BMW z przyciemnianymi szybami. Jeździłabym, pomyślała Leona, podgryzając wargę. Nie umknęło to uwadze mężczyzny. Uśmiechnął się niezauważalnie.
- Racja… Nie wiem o tobie zbyt wiele, jesteś chodzącą zagadką Leo. – opuścił wzrok na swój samochód. – Chodzącą zagadką…
- Staram się jak tylko mogę drogi pedagogu, który wprowadził niezłe zamieszanie swoją obecnością. Nie jesteś zwykłym człowiekiem…
  Zdziwienie zawitało na jego twarzy. Przełknął głośno ślinę i zamknął oczy, żeby nie pokazać przerażenia, które go ogarnęło. Mam cię…
-… Jesteś jedyny w swoim rodzaju – dokończyła sztywno z błyskiem w oku i podejrzanym uśmieszkiem na ustach. – Rzadko spotyka się takie ciacha, dlaczego nie poszedłeś na modela? Zarabiałbyś więcej jak teraz, miałbyś fanek niezliczone tłumy… Czego chcieć więcej?
- Rozważałem kiedyś taką propozycję – odburknął nadal nie patrząc się Leonie w oczy. Utkwił wzrok w drzwiach samochodu. Chciał jak najszybciej stąd zniknąć. – Nie przyjąłem propozycji, bo zdecydowanie bardziej interesuje mnie… Praca z ludźmi.
- Słaby argument – spojrzała na niego znacząco. – Tam miałbyś więcej kontaktu z ludźmi niż ci się wydaje.
- Ale czy tam rozmawiałbym o ich prywatnych problemach? – zripostował najprościej jak tylko mógł. Leona nie odpowiedziała. Kiwnęła głową na znak, że ma racje i po prostu ruszyła dalej.
- Do zobaczenia jutro… Oh! A jednak nie, jutro sobota. – obróciła się twarzą do kolegi z pracy. – Chyba, że nie masz niczego przeciwko niezobowiązującemu spotkaniu prywatnie gdzieś przy kawie? Znam bardzo dobrą kawiarnię…
- Nie – odpowiedział szorstko. – Nie mam jutro czasu, jestem bardzo zajęty.
  Rudowłosa obróciła się na pięcie i ruszyła dalej w swoją stronę. Przejrzałam cię, pomyślała, rozwiązując koka. Takie zainteresowanie ze strony kobiet nie jest przypadkowe. Twoja uroda też nie. Ale! Nie wyciągajmy pochopnych wniosków, być może jestem w błędzie. Swoje przeżyłam, swoje wiem…
  Minęła samochody swoich kolegów po fachu i wyszła na ulicę. Wzięła głęboki wdech, poprawiła swoje lśniące płomienno czerwone włosy, wyglądające jak rozszalały ogień na tym lekkim wietrze, który się zerwał i ruszyła spokojnym krokiem w stronę swojego domu. Swojej willi, na którą pracowała bardzo długo. Bardzo. Zasłużyła sobie na taki luksus. W końcu jest kobietą sukcesu – osiągnęła w swoim rzekomo krótkim życiu bardzo wiele, ale nadal brakuje jej jednej rzeczy.
  Za każdym razem jak zaczyna o tym rozmyślać, jej serce pęka. Szarpie się jak szalone i boli nieziemsko. Może i to tylko przysłowie, ale jak najbardziej prawdziwe, wierszokleci mają rację. Ten niewytłumaczalny ból w piersi…
- Aj tam! – powiedziała sama do siebie przechodząc niby duch między ludźmi. – Koniec smutków, idę do domu, idę się zrelaksować i odprężyć…
  Przymknęła oczy jakby nigdy nic, kiedy mijały ją po drodze dziesiątki ludzi. Jakimś cudem uszła z tego cało, na nikogo nie wpadła, a szła tak przez całą przecznicę. Kiedy poczuła promienie słońca powrotem na swojej bladej twarzy, zatrzymała się i otworzyła oczy. Uwielbiała uczucie ciepła jakie dawało słońce, choć w żaden sposób promienie słoneczne jej nie pomagały. Wręcz odwrotnie. Przebywanie zbyt długo na słońcu, nie ważne czy całkowicie opatulona tak, że żaden promyczek na nią nie spadnie, czy ubrana zwyczajnie jak na lato, groziło jej to oparzeniami skóry, których już nie raz się nabawiła. Okropne uczucie. Po prostu poziom melatoniny w jej skórze jest tak niski, że czasami można by pomyśleć, iż jest chodzącym trupem.
  Zachichotała i zaczęła nucić piosenkę z repertuaru Hollywood Undead, jej ulubionego zespołu. Leona wielbiła ponad niebiosa tych ludzi, za każdym razem kiedy tylko o nich pomyślała jej humor się polepszał. No, są wyjątki – kiedy wpadnie w depresje, a czasami się jej zdarza, to na okrągło torturuje się smutami, których mają całkiem sporo. Jej ulubioną piosenką, której za razem najbardziej nienawidzi, jest Outside. Emocje jakimi jest ona przepełniona, przyprawiają ją o łzy. Tekst jest w pewien sposób przepiękny. To nie jest piosenka – to jest arcydzieło.
  A dlaczego jej tak nienawidzi? Z tych samych powodów.
  Znalazłszy się tuż przed bramą do swojego domu, wytrącona ze świata zamyślenia, zaczęła grzebać w torebce i szukać telefonu. Była siedemnasta.
  Jak tylko zamknęła za sobą drzwi, zawyła z ulgą, zdjąwszy szpilki. Chwyciła je w rękę.
- Jak ja nienawidzę tych butów! Przeklinam cię ty, któryś je stworzył!
  Po marmurowej podłodze poruszała się na bosaka. Chłód jaki od niej bił był w tym momencie ukojeniem. Pogoda była wręcz letnia, a miesiąc wrzesień… Co się z tym światem dzieje!
  Nagle z nicości wyłonił się starszy, niepozorny mężczyzna w czarnym smokingu. Leżał na nim idealnie, co do centymetra, a muszka nie była przekrzywiona w żadną stronę, zachowywała idealny balans.
- Witaj pani – odezwał się, kłaniając nisko.
- Witaj Viktorze – dygnęła z gracją i poszła dalej z uniesioną głową niczym dama.
- Jak minął pani dzień? Czy dzieci sprawiają pani kłopoty?
- Na co ty liczysz? – zrezygnowała ze sztucznej sztywności szlacheckiej. – Jedynym kłopotem jest właśnie brak kłopotów… Chociaż… Jest taka jedna, nowa, Diana Ellson. Kojarzysz może to nazwisko Viktorze?
- Nie przypominam sobie, żebym znał jakichkolwiek Ellsonów. – Odpowiedział stanowczo po chwili namysłu.
  Rudowłosa kiwnęła głową z uznaniem i rzuciła czarne szpilki na drogą, skórzaną, białą sofę i tuż obok rzuciła sama siebie. Po prostu padła niby ustrzelona piorunem i wciągnęła powietrze do płuc. Po około półtorej minuty wypuściła powietrze i zaczęła w szaleńczym tempie oddychać, powoli starając się oddech wyrównać. Czemu to miało służyć? Sama nie wiedziała.
  Nagle ją olśniło.
- Vik? – zaczęła nie zmieniając swojej pozycji.
- Tak, pani?
- Co byś powiedział na zabawę w… zwiadowcę?
  Mężczyzna milczał.
- Chciałabym się czegoś więcej dowiedzieć o tej Dianie. Wiem, że nie mam szans wydobyć żadnych informacji osobiście więc… - zamyśliła się. Przypomniała sobie sytuację z rana.
  Viktor czekał na dalszą część wypowiedzi. Wiedział, że Leona ma coś jeszcze do powiedzenia.
- Masz czas, Vik, dotychczas nie dostawałeś zbyt często żadnych ważnych zadań. Tym razem obarczam cię Dianą. Jeśli byś mógł… Pilnuj jej bezpieczeństwa, ok?
- Tak jest moja pani – ukłonił się głęboko i zniknął tak samo szybko jak i się pojawił. Wręcz rozpłynął się w cieniu.
- Wezmę sobie gorącą kąpiel…



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz