Myśli Leony nie mogły zebrać się w spójną całość, szok i niedowierzanie wymieszane z przerażeniem i obrzydzeniem, opanowały jej cały umysł. Słuchając Jorela, uświadomiła sobie, że nie pamięta ze swojego dzieciństwa niczego. Kompletna pustka w głowie. Nagle przeszedł ją okropny dreszcz.
- Ale… - wyksztusiła z siebie po długich przemyśleniach, albo raczej po próbach przemyśleń. – Ale dlaczego…?
Jorel prychnął tylko i usiadł z powrotem na krzesło tuż obok Georga po czym uśmiechnął się szyderczo.
- Bo ja wiem? Nie znałem powodów szefuńcia. Mało mnie one wtedy obchodziły, uznałem to po prostu za dobrą okazję do rozerwania się i poszedłem z nim… - przymrużył oczy i spojrzał na Leonę. – Chociaż teraz, cholera, dobrze by było wiedzieć, jakie ten facet miał zamiary i co było powodem tego ataku…
Leona mamrotała tylko coś pod nosem. Blask z jej oczu zniknął już dawno, były puste. Pozbawione emocji.
- Cóż! Nie dowiemy się jednak, bo ktoś postanowił wpaść na ratunek, martwej już, twojej rodzince!
Humor Jorela poprawił się niezmiernie. Jeszcze kilkanaście minut temu chodził zły jak osa, a teraz, po wyrzuceniu z siebie wszystkiego, co się w nim kisiło, wydawał się być całkowicie innym człowiekiem. Szczerze się uśmiechał!
Nagle Matthew otworzył szeroko oczy w przerażeniu i jak strzała ruszył w stronę J-Doga. Chwycił go za ubrania i silnie szarpnął nim, tylko po to, żeby ściągnąć go z krzesła.
- Co ty ku… - nie dokończył. Matt wskazał tylko palcem na sztylet, który przebił oparcie na wylot.
Wszystkie oczy zwróciły się w stronę Leony. Stał przed nią mężczyzna w czarnym smokingu, wokół którego rozchodziła się aura niby z czarnego, drobnego pyłu. Jego srebrzyste włosy były ułożone idealnie na aktualnie opuszczonej głowie. Wyglądał jak posąg, nie drgnął ani na centymetr.
Perkusista przełknął głośno ślinę i wypuścił Jorela z objęć.
- Tylko bez paniki – zaczął wszystkich uspokajać swoim chrapliwym głosem. – To jest V…
Nie zdążył nic konkretnego jeszcze powiedzieć, a koło jego ucha świsnął kolejny sztylet. Wbił się prosto w ścianę. Nie dało się nawet zauważyć kiedy mężczyzna nim rzucił. Cały czas stał w takiej samej pozie.
Georga skręcało w trzewiach. Był zły. Bardzo zły. Wiedział, że długo tak nie wytrzyma i w końcu wybuchnie. Bardzo tego nie chciał, ale jego trudności z pohamowaniem agresji wcale mu w niczym nie pomagały. Kim jest ten skurwysyn? Jak on w ogóle śmie wkraczać na nasz teren? Na dodatek, tak żeby było śmieszniej, grozi nam na naszej posesji! Grozi? Co ja gadam! On nas tu atakuje!
Na twarzy Johnny’ego powoli ukazywały się zmiany. Jego skóra na twarzy pomału przybierała wygląd popękanej i spieczonej silnie słońcem ziemi. Jorel zerknął na niego kątem oka, tak aby nie wykonywać żadnych gwałtownych ruchów.
O nie…
- George? – w jego głosie dało się usłyszeć panikę. – Georgie, tylko spokojnie, nie denerwuj się!
Uspokojenia J-Doga nie działały. Przemiana postępowała. Po prawej stronie zaczynała ukazywać się delikatna sylwetka motyla. Wnet rozległ się krótki dźwięk pęknięcia. Motyli kształt wypełnił się świecącą substancją. Płynęła mozolnie i wydzielała ciepło. Najprawdopodobniej to była lawa.
O kurwa, pomyślał Dylan i spojrzał się wszystko mówiącym wzrokiem na Daniela.
- No to się będzie działo… - wymamrotał do kochanka. Jego głos także zawierał nutkę paniki i strachu.
- Georgie… - próbował dalej Jorel. Przecież zazwyczaj to działało! – Georgie, proszę cię, uspokój się. Nie masz co się denerwować, wszyscy jesteśmy cali, a jeśli teraz pokażesz prawdziwego siebie, to być może już tak nie będzie. Chyba nie chcesz nas wszystkich tutaj pozabijać!
Nic. Zero reakcji, zupełnie jakby nie słyszał słów przyjaciela. Złość go totalnie zaślepiła. Tym razem wzdłuż lewej części twarzy skóra zaczęła pękać na kształt liczby „3”. Gdzieniegdzie z wąskich szczelin przedzierały się śnieżnobiałe promyki. Dopiero kiedy trójka całkowicie utorowała sobie drogę na skórze wściekłego mężczyzny, lekko oślepiające światło rozbłysło, ukazując całą okazałość znaku.
- Ratuj się kto może – pokręcił głową Matthew, a jego ręce opadły bezwładnie.
George ryknął przeciągle i wściekle, jak zwierzę.
Nie, nie jak zwierzę.
Jak demon.
- No to zajebiście – westchnął praktycznie niewzruszony Jordon, siedzący z pustą już butelką po piwie, tuż obok Leony. Kilka kroków przed nim stał nieznany mu mężczyzna w smokingu.
Odchrząknął tylko i wstał jakby nigdy nic.
- Sorry facet, ale czegoś tu nie rozumiem – podszedł nonszalanckim krokiem do starszego i równie lekceważącym tonem do niego przemówił. – Bo widzisz… Przed chwilą ten oto gość – objął jednym ramieniem mężczyznę w garniturze, zupełnie jakby go znał od lat, a drugą ręką wskazał na Jorela, który z przerażeniem patrzył na towarzysza – przed chwileczką opowiedział nam pewną fascynującą historię i tak… Nie żeby coś, ale przypominasz mi pan z opisu tego psychopatę, który wyrżnął, niestety dla niego, PRAWIE w pień całe stowarzyszenie kambionów…
Odjął rękę z mężczyzny i spojrzał na jeszcze przed chwilą wzbudzającego zgrozę Georga. Patrzył się na Charliego z równie wielkim niedowierzaniem, jak reszta. Twarz powoli zaczęła mu się już regenerować. Tam, gdzie płynęła lawa, znajdowała się teraz tylko okropna blizna pooparzeniowa.
- Co wy teraz? – wzruszył ramionami. – Patrzycie się na mnie, jak cielę w malowane wrota! Czy ja robię coś nie tak? A może ten facet wam nie pasuje. O, właśnie. – obrócił się twarzą do nieznajomego. Wpatrywał się on w oczy Charliego i szukał w nich duszy do spalenia. – Zwracam się do ciebie per facet, a jak każdy inny na świecie masz na pewno imię… Mattie, chciałeś nam go przedstawić, ale jakoś sztylet koło ucha ci odebrał mowę. No, trzeba przyznać, że z niezłym impetem został rzucony – za pomocą telekinezy przyniósł sobie sztylet, po czym zręcznie go podrzucił i złapał za ostrze, tak, żeby się nie pociąć. Podał broń właścicielowi.
- Viktor – wykrztusił z siebie Matthew.
- No! Teraz to możemy pogadać, jak mężczyzna z mężczyzną! – poklepał Viktora po ramieniu i uścisnął mu dłoń. – Jordon jestem. Ale zwracaj się do mnie Charlie, dobra? Siupnij se pan koło naszego ślicznego, rudowłosego aniołka i porozmawiajmy jak… ludzie.
Jorel, George, Dylan, Daniel i Matthew nie do końca potrafili zrozumieć tę sytuację. Ich miny wyrażały więcej niż tysiąc słów. Byli niezmiernie zmieszani. Lawirowali emocjami między trwogą, a niedowierzaniem.
- Ok, wracając do psychopaty – klasnął w dłonie i stanął wyluzowany przed siedzącym Viktorem. – Został on mniej więcej opisany… „Wąsaty, o czarnych włosach zaczesanych do tyłu i w garniaku”. No, co prawda, to prawda, z wiekiem włosy ci wyblakły i zgoliłeś wąsy, ale smoking i fryzurka pozostała. I to albo J po prostu nie rozgarnia między garniakiem, a smokingiem, albo zmieniłeś ubiór. Tak czy tak – klasycznie i elegancko. Wspominał też o złotych oczach… Ty Viktor masz brązo… O! Błyskają ci na złoto! Dobra jest, w takim razie wychodzi na to, że to właśnie ty jesteś tym, że tak powiem, rzeźnikiem. Może kilka wyjaśnień, co? Bo póki co, to ja mam same pytania pozostawione bez odpowiedzi. Najbardziej gryzą mnie te, dotyczące naszego aniołka…
Za każdym razem, jak Jordon nazywał Leonę NASZYM aniołkiem, Matt czuł silną potrzebę uderzenia swojego towarzysza.
- Mattie, mój ty przyjacielu, weź może jednak pogadaj ze swoją lubą, bo wygląda na CO NAJMNIEJ przybitą…
- Oni cały czas rozmawiają – odezwał się w końcu Viktor.
Charlie zrobił tylko głupkowatą minę, zerknął to na Matthew, to na Leonę i wzruszył ramionami.
- Też się kurna dobrali – skomentował na głos rozbawiony – oboje z jakimś super-hiper wyostrzonym słuchem i weź teraz miej pewność czy nie gadają akurat o tobie!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz