Hollywood Undead

piątek, 16 maja 2014

Rozdział 16

     Atmosfera w pomieszczeniu rozluźniła się nieco, pozwalając Leonie pozbierać myśli. Reasumując, pozbierała wszystkie swoje myśli do kupy, jestem w totalnie mi nieznanym miejscu, jakiejś dziurze pełnej staczających się ludzi i demonów, które gdyby tylko im Matt pozwolił, rozszarpałyby mnie na strzępy, po czym spaliły dla pewności, że się nie zregeneruję. Szczególnie Jorel, teraz siedzi i myśli, ale to długo nie potrwa.
  J-Dog siedział na rozpadającym się krześle z rękoma opartymi na udach i głową opierającą się na złożonych dłoniach. Tupał nerwowo nogą i przebiegał po każdym po kolei wzrokiem. Jakby czegoś lub kogoś szukał. Siedzący tuż obok George przewiercał Leonę wzrokiem. Wzdrygnęła się.
- Dobra, cholera jasna – rozpoczął chrapliwym głosem. – Musimy sobie trochę rzeczy powyjaśniać.
  Przebywający do tej pory gdzieś w cieniu na osobności Dylan i Daniel, zabrawszy ze sobą krzesła usiedli bliżej reszty. Leona poczuła jak mięśnie Matthew się napinają. Spojrzała na niego, a on żeby ją uspokoić, pogłaskał delikatnie jej przedramię kciukiem.
- Zacznijmy od początku. Kim jesteś? – rzucił rudowłosej pełne złości spojrzenie.
  Przebrnęła wzrokiem po pozostałych i głośno przełknęła ślinę. Wszyscy czekali z niecierpliwością na odpowiedź.
- Mam na imię Leona Murillo… - zaczęła, ale natychmiast jej przerwano.
- Murillo? – podniósł głos zaskoczony Daniel.
- Tak Danny, Murillo – odpowiedziała spokojnie. – Mamy identyczne nazwiska, ale nasze rodziny nie mają ze sobą nic a nic wspólnego.
- No chyba, że czegoś nie wiemy, Danny – wtrącił się rozbawiony Jordon. – Pokaż ząbki.
  Daniel spojrzał się na niego i uśmiechnął się przez zaciśnięte usta.
- Nie są ze sobą spokrewnieni – odezwał się swoim głębokim, zmysłowym głosem Dylan. – Gdyby byli, to miałbym dziurawy język.
  Potrafili sobie stroić żarty nawet w tak poważnych chwilach. Jorelowi nie było do śmiechu, patrzył tylko na nich i czekał na spokój. Kiedy przeszła im głupawka, spojrzał na Leonę.
- Kontynuuj…
- Jak już wiecie, jestem wampirzycą. Żyję już… bardzo dawna i wiele przeżyłam. Jestem wampirem wysokiego rodu, w moich żyłach płynie tylko wampirza krew, zero ‘skazy’ ludzkiej. Moja rodzina… - zatrzymała się i utkwiła wzrok w podłodze. Dławiła w sobie łzy. – Nie znałam ich zbyt dobrze. To, jacy byli moi krewni wiem tylko i wyłącznie z opowiadań mojego wiernego lokaja, Viktora. Dlaczego? – rzuciła pełne gniewu spojrzenie na wpatrującego się w nią J-Doga. – Może raczysz mi wyjaśnić?
  Uśmiechnął się półgębkiem.
- Ze szczegółami?
- Tak – odpowiedziała stanowczo.
- Ale jesteś tego całkowicie pewna?
- Jak niczego innego.
- No to usiądźcie wygodnie i posłuchajcie, Jorel opowie wam bajeczkę – wstał z krzesła i zaczął przechadzać się powoli po pokoju. – Stało się to pewnej letniej nocy, dokładnej daty nie pamiętam. Ale tylko daty.
  Powietrze pachniało świeżo skoszoną trawą, a w nim latały robaczki świętojańskie, oświetlając czarne jak smoła terytorium. Dźwięk melodii granej przez świerszcze do tej pory trzyma się mojej głowy. Był nietypowy, jakby zapowiadał coś, czego nikt nie chciał widzieć. Jakby ostrzegał. Nikt jednak tego nie potrafił wychwycić, żadna z ofiar, byli zajęci balowaniem. Ja i moi pobratymcy czailiśmy się niczym cienie w niezmierzonej otchłani nocy i oczekiwaliśmy na dogodny moment. Nasze rozmowy ograniczały się do niewyraźnych szeptów porozumiewawczych, nie mogliśmy zwrócić na siebie uwagi za żadne skarby. Kiedy wszyscy byli skupieni i na klęczkach, tak ja przyglądałem się tylko beznamiętnie świecącym gwiazdom na niebie, które lśniły o wiele mocnej niż teraz, choć w tym samym miejscu… Nagle rozległ się dźwięk otwieranego okna, a razem z nim śmiech dziecka. Narobiło mi strachu, ale na szczęście udało mi się uniknąć światła, które wypłynęło z pomieszczenia. Wysoki, melodyjny głos kazał dzieciakowi zamknąć to okno i odejść od niego. Równie dźwięcznie, ale z nutą dziecinności, dziecko odpowiedziało grzecznie i zasłoniło firany. Zostawiło otwarte okno. To była właśnie ta dogodna chwila. Rozległ się wśród nas, kambionów, szmer ekscytacji, ale szefuńcio szybko nas ochłodził. Wystarczył jeden gest, a wszyscy, jak cienie przebiegliśmy po świeżo skoszonej trawie i dzięki naszym mocom, wskoczyliśmy na pierwsze piętro przez otwarte okno do willi.
  Nie było tam nikogo. Pusty i zamknięty pokój. Dokładniej nawet, sypialnia urządzona po królewsku. Pamiętam, moją uwagę przykuł obraz nad łóżkiem, pejzaż przedstawiający łąkę podczas zachodu słońca. Chmury na niebie przybierały tam dziwaczne kształty. Meble były wykonane z ciemnego drewna. Nie dano mi dokładniej przyjrzeć się pokojowi, jeden z moich braci szturchnął mnie tylko i gestem głowy nakazał ruszyć przed siebie. „Gotowy?” Zapytał się mnie, chociaż doskonale znał odpowiedź. Jedyne co mi wtedy siedziało w głowie, to rozlew krwi.
  Wybiegliśmy nagle z pokoju i zaatakowaliśmy znienacka. Nikt się nas tu nie spodziewał. Pierwsze kilka ofiar, to były damy ubrane w przepiękne satynowe suknie. Jedna była biała jak śnieg, a druga szmaragdowa. Obie momentalnie zmieniły kolor na szkarłatny, a ich partnerzy nie do końca rozumiejąc, co się stało też dostali kosę pod żebro i padli tuż przy nich. Myśleliśmy, że to wystarczy. Krzyków zrobiło się co niemiara, męskie ryki moich ludzi mieszały się z sykami twoich wampirzych pobratymców. Szczerzyli na nas kły, jak dzikie bestie, ich oczy były całe czarne i pełne furii. Dziwactwa, jakie się tam wyprawiały, aż trudno opisać! Doskonale jednak pamiętam tą przepiękną scenę, kiedy zgasło światło. Powietrze przesiąknięte zapachem posoki zrobiło się nagle gęste. Co się okazało, lider postanowił pokazać swoje prawdziwe ja i zaprezentować tym sukinsynom prawdziwy teatrzyk cieni. Nie kontrolował siebie. Rozrywał wszystkich na kawałki. Kiedy mu kto wpadł w ręce, zazwyczaj kończył z kończynami rozgniecionymi i porozrzucanymi na cztery strony świata, mózgiem na ścianie i wyprutymi flakami. Ten zapach… Mmm… Nie ma to jak zapach masowego mordu po północy!
  Oczywiście nie stałem tam bezczynnie i sam pobawiłem się trochę w zabijakę. Trudno mi było was tam wszystkich poopróżniać, bo wszyscyście rudzielce byli. Jedyne po czym udało mi się jedną z ofiar rozpoznać, to głos. Brzmiała zupełnie, jak ta kobieta, która wołała dzieciaka. Jej ostatnimi słowami było… Hmm… Ah, tak, racja! Jej ostatnimi słowami było: „Nigdy nie dostaniecie jej w swoje paskudne, demoniczne łapska!” i rzuciła się na mnie z kłami. Nie wyszło jej to na dobre, bo z ogromną łatwością przeciąłem jej ciało na pół cienistym szponem. Ot tak, jakby nie stanowiła żadnego oporu. Patrzałem w jej szmaragdowe oczy do samego końca. Ten ból, który je przepełniał…! Gdyby nie to, że zostałem zaatakowany przez jakiegoś innego rudzielca, to przyglądałbym się jej agonii, póki nie usłyszałbym jej ostatniego uderzenia serca i nie zobaczyłbym, że przestała oddychać.
  Widokowi ogólnej rzezi przyglądałem się z uśmiechem na ustach. Widok tych wszystkich szczątków, martwych ciał… Przepiękna robota! Jednak kiedy myśleliśmy, że to już koniec, stało się coś, czego w ogóle się nie spodziewaliśmy. Pojawił się jeden mężczyzna, wąsaty, o kruczoczarnych włosach ulizanych do tyłu i w garniturze. Był nieziemsko szybki! Jedyne co można było uchwycić wzrokiem, to żółte smugi, jakie pozostawiały po sobie jego oczy. Byliśmy sparaliżowani, nikt nie mógł się poruszyć, taki zgotował nam szok. Straciłem wtedy poczucie czasu. Każdy jeden krzyk moich braci przewiercał mój umysł i pozostawiał po sobie niewymazywane ślady. Dotychczas pamiętam każdy jeden jęk… Może i poruszał się z prędkością dźwięku, ale cała ta akcja trwała dla mnie wieki. Przerażenie ściskało mój żołądek, jakby chciało się go całkowicie wyzbyć z mojego organizmu. „Rusz się idioto, rusz się, bo zginiesz!” myślałem sobie i skierowałem całą swoją siłę w nogi, które momentalnie poczuły przypływ energii i praktycznie same zaczęły biec. Gdzie? Przed siebie, gdziekolwiek, byleby jak najdalej od tej maszyny do zabijania.
  I uciekłem. Straciłem wszystkich moich braci. Pozostałem całkiem sam. Nie wiedziałem, co ze sobą zrobić… Znalazłem to miejsce i postanowiłem tu zostać. Rozpocząć nowe życie, o ile to, co teraz widzisz można nazwać życiem. Nie, o nie, ja tego dnia nigdy nie zapomnę. Choćbym nie wiadomo jak się starał, nie wymażę tego z mojej pamięci. Te sceny wyryły się w moich wspomnieniach. Przez długi czas rany przez nie wyrządzone krwawiły i nie chciały się zasklepić. Dopiero kiedy spotkałem tych ludzi – przebiegł wzrokiem po kolei po każdym z kambionów – udało mi się zamienić krwawiące rany w niewiele już znaczące blizny. Ty – wymierzył do Leony palcami i wykonał gest, jakby chciał ją zastrzelić. – Ty te blizny na nowo rozorałaś swoimi wampirzymi pazurami.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz