Atmosfera
w pomieszczeniu rozluźniła się nieco, pozwalając Leonie pozbierać
myśli. Reasumując, pozbierała wszystkie swoje myśli do kupy,
jestem w totalnie mi nieznanym miejscu, jakiejś dziurze pełnej
staczających się ludzi i demonów, które gdyby tylko im Matt
pozwolił, rozszarpałyby mnie na strzępy, po czym spaliły dla
pewności, że się nie zregeneruję. Szczególnie Jorel, teraz
siedzi i myśli, ale to długo nie potrwa.
J-Dog
siedział na rozpadającym się krześle z rękoma opartymi na udach
i głową opierającą się na złożonych dłoniach. Tupał nerwowo
nogą i przebiegał po każdym po kolei wzrokiem. Jakby czegoś lub
kogoś szukał. Siedzący tuż obok George przewiercał Leonę
wzrokiem. Wzdrygnęła się.
-
Dobra, cholera jasna – rozpoczął chrapliwym głosem. – Musimy
sobie trochę rzeczy powyjaśniać.
Przebywający
do tej pory gdzieś w cieniu na osobności Dylan i Daniel, zabrawszy
ze sobą krzesła usiedli bliżej reszty. Leona poczuła jak mięśnie
Matthew się napinają. Spojrzała na niego, a on żeby ją uspokoić,
pogłaskał delikatnie jej przedramię kciukiem.
-
Zacznijmy od początku. Kim jesteś? – rzucił rudowłosej pełne
złości spojrzenie.
Przebrnęła
wzrokiem po pozostałych i głośno przełknęła ślinę. Wszyscy
czekali z niecierpliwością na odpowiedź.
-
Mam na imię Leona Murillo… - zaczęła, ale natychmiast jej
przerwano.
-
Murillo? – podniósł głos zaskoczony Daniel.
-
Tak Danny, Murillo – odpowiedziała spokojnie. – Mamy identyczne
nazwiska, ale nasze rodziny nie mają ze sobą nic a nic wspólnego.
-
No chyba, że czegoś nie wiemy, Danny – wtrącił się rozbawiony
Jordon. – Pokaż ząbki.
Daniel
spojrzał się na niego i uśmiechnął się przez zaciśnięte usta.
-
Nie są ze sobą spokrewnieni – odezwał się swoim głębokim,
zmysłowym głosem Dylan. – Gdyby byli, to miałbym dziurawy język.
Potrafili
sobie stroić żarty nawet w tak poważnych chwilach. Jorelowi nie
było do śmiechu, patrzył tylko na nich i czekał na spokój. Kiedy
przeszła im głupawka, spojrzał na Leonę.
-
Kontynuuj…
-
Jak już wiecie, jestem wampirzycą. Żyję już… bardzo dawna i
wiele przeżyłam. Jestem wampirem wysokiego rodu, w moich żyłach
płynie tylko wampirza krew, zero ‘skazy’ ludzkiej. Moja rodzina…
- zatrzymała się i utkwiła wzrok w podłodze. Dławiła w sobie
łzy. – Nie znałam ich zbyt dobrze. To, jacy byli moi krewni wiem
tylko i wyłącznie z opowiadań mojego wiernego lokaja, Viktora.
Dlaczego? – rzuciła pełne gniewu spojrzenie na wpatrującego się
w nią J-Doga. – Może raczysz mi wyjaśnić?
Uśmiechnął
się półgębkiem.
-
Ze szczegółami?
-
Tak – odpowiedziała stanowczo.
-
Ale jesteś tego całkowicie pewna?
-
Jak niczego innego.
-
No to usiądźcie wygodnie i posłuchajcie, Jorel opowie wam bajeczkę
– wstał z krzesła i zaczął przechadzać się powoli po pokoju.
– Stało się to pewnej letniej nocy, dokładnej daty nie pamiętam.
Ale tylko daty.
Powietrze
pachniało świeżo skoszoną trawą, a w nim latały robaczki
świętojańskie, oświetlając czarne jak smoła terytorium. Dźwięk
melodii granej przez świerszcze do tej pory trzyma się mojej głowy.
Był nietypowy, jakby zapowiadał coś, czego nikt nie chciał
widzieć. Jakby ostrzegał. Nikt jednak tego nie potrafił wychwycić,
żadna z ofiar, byli zajęci balowaniem. Ja i moi pobratymcy
czailiśmy się niczym cienie w niezmierzonej otchłani nocy i
oczekiwaliśmy na dogodny moment. Nasze rozmowy ograniczały się do
niewyraźnych szeptów porozumiewawczych, nie mogliśmy zwrócić na
siebie uwagi za żadne skarby. Kiedy wszyscy byli skupieni i na
klęczkach, tak ja przyglądałem się tylko beznamiętnie świecącym
gwiazdom na niebie, które lśniły o wiele mocnej niż teraz, choć
w tym samym miejscu… Nagle rozległ się dźwięk otwieranego okna,
a razem z nim śmiech dziecka. Narobiło mi strachu, ale na szczęście
udało mi się uniknąć światła, które wypłynęło z
pomieszczenia. Wysoki, melodyjny głos kazał dzieciakowi zamknąć
to okno i odejść od niego. Równie dźwięcznie, ale z nutą
dziecinności, dziecko odpowiedziało grzecznie i zasłoniło firany.
Zostawiło otwarte okno. To była właśnie ta dogodna chwila.
Rozległ się wśród nas, kambionów, szmer ekscytacji, ale
szefuńcio szybko nas ochłodził. Wystarczył jeden gest, a wszyscy,
jak cienie przebiegliśmy po świeżo skoszonej trawie i dzięki
naszym mocom, wskoczyliśmy na pierwsze piętro przez otwarte okno do
willi.
Nie
było tam nikogo. Pusty i zamknięty pokój. Dokładniej nawet,
sypialnia urządzona po królewsku. Pamiętam, moją uwagę przykuł
obraz nad łóżkiem, pejzaż przedstawiający łąkę podczas
zachodu słońca. Chmury na niebie przybierały tam dziwaczne
kształty. Meble były wykonane z ciemnego drewna. Nie dano mi
dokładniej przyjrzeć się pokojowi, jeden z moich braci szturchnął
mnie tylko i gestem głowy nakazał ruszyć przed siebie. „Gotowy?”
Zapytał się mnie, chociaż doskonale znał odpowiedź. Jedyne co mi
wtedy siedziało w głowie, to rozlew krwi.
Wybiegliśmy
nagle z pokoju i zaatakowaliśmy znienacka. Nikt się nas tu nie
spodziewał. Pierwsze kilka ofiar, to były damy ubrane w przepiękne
satynowe suknie. Jedna była biała jak śnieg, a druga szmaragdowa.
Obie momentalnie zmieniły kolor na szkarłatny, a ich partnerzy nie
do końca rozumiejąc, co się stało też dostali kosę pod żebro i
padli tuż przy nich. Myśleliśmy, że to wystarczy. Krzyków
zrobiło się co niemiara, męskie ryki moich ludzi mieszały się z
sykami twoich wampirzych pobratymców. Szczerzyli na nas kły, jak
dzikie bestie, ich oczy były całe czarne i pełne furii. Dziwactwa,
jakie się tam wyprawiały, aż trudno opisać! Doskonale jednak
pamiętam tą przepiękną scenę, kiedy zgasło światło. Powietrze
przesiąknięte zapachem posoki zrobiło się nagle gęste. Co się
okazało, lider postanowił pokazać swoje prawdziwe ja i
zaprezentować tym sukinsynom prawdziwy teatrzyk cieni. Nie
kontrolował siebie. Rozrywał wszystkich na kawałki. Kiedy mu kto
wpadł w ręce, zazwyczaj kończył z kończynami rozgniecionymi i
porozrzucanymi na cztery strony świata, mózgiem na ścianie i
wyprutymi flakami. Ten zapach… Mmm… Nie ma to jak zapach masowego
mordu po północy!
Oczywiście
nie stałem tam bezczynnie i sam pobawiłem się trochę w zabijakę.
Trudno mi było was tam wszystkich poopróżniać, bo wszyscyście
rudzielce byli. Jedyne po czym udało mi się jedną z ofiar
rozpoznać, to głos. Brzmiała zupełnie, jak ta kobieta, która
wołała dzieciaka. Jej ostatnimi słowami było… Hmm… Ah, tak,
racja! Jej ostatnimi słowami było: „Nigdy nie dostaniecie jej w
swoje paskudne, demoniczne łapska!” i rzuciła się na mnie z
kłami. Nie wyszło jej to na dobre, bo z ogromną łatwością
przeciąłem jej ciało na pół cienistym szponem. Ot tak, jakby nie
stanowiła żadnego oporu. Patrzałem w jej szmaragdowe oczy do
samego końca. Ten ból, który je przepełniał…! Gdyby nie to, że
zostałem zaatakowany przez jakiegoś innego rudzielca, to
przyglądałbym się jej agonii, póki nie usłyszałbym jej
ostatniego uderzenia serca i nie zobaczyłbym, że przestała
oddychać.
Widokowi
ogólnej rzezi przyglądałem się z uśmiechem na ustach. Widok tych
wszystkich szczątków, martwych ciał… Przepiękna robota! Jednak
kiedy myśleliśmy, że to już koniec, stało się coś, czego w
ogóle się nie spodziewaliśmy. Pojawił się jeden mężczyzna,
wąsaty, o kruczoczarnych włosach ulizanych do tyłu i w garniturze.
Był nieziemsko szybki! Jedyne co można było uchwycić wzrokiem, to
żółte smugi, jakie pozostawiały po sobie jego oczy. Byliśmy
sparaliżowani, nikt nie mógł się poruszyć, taki zgotował nam
szok. Straciłem wtedy poczucie czasu. Każdy jeden krzyk moich braci
przewiercał mój umysł i pozostawiał po sobie niewymazywane ślady.
Dotychczas pamiętam każdy jeden jęk… Może i poruszał się z
prędkością dźwięku, ale cała ta akcja trwała dla mnie wieki.
Przerażenie ściskało mój żołądek, jakby chciało się go
całkowicie wyzbyć z mojego organizmu. „Rusz się idioto, rusz
się, bo zginiesz!” myślałem sobie i skierowałem całą swoją
siłę w nogi, które momentalnie poczuły przypływ energii i
praktycznie same zaczęły biec. Gdzie? Przed siebie, gdziekolwiek,
byleby jak najdalej od tej maszyny do zabijania.
I
uciekłem. Straciłem wszystkich moich braci. Pozostałem całkiem
sam. Nie wiedziałem, co ze sobą zrobić… Znalazłem to miejsce i
postanowiłem tu zostać. Rozpocząć nowe życie, o ile to, co teraz
widzisz można nazwać życiem. Nie, o nie, ja tego dnia nigdy nie
zapomnę. Choćbym nie wiadomo jak się starał, nie wymażę tego z
mojej pamięci. Te sceny wyryły się w moich wspomnieniach. Przez
długi czas rany przez nie wyrządzone krwawiły i nie chciały się
zasklepić. Dopiero kiedy spotkałem tych ludzi – przebiegł
wzrokiem po kolei po każdym z kambionów – udało mi się zamienić
krwawiące rany w niewiele już znaczące blizny. Ty – wymierzył
do Leony palcami i wykonał gest, jakby chciał ją zastrzelić. –
Ty te blizny na nowo rozorałaś swoimi wampirzymi pazurami.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz