Nie
spała od trzeciej nad ranem, a była już dziewiąta. Nie mogła
zasnąć. Ten sen nie dawał jej spokoju, ponieważ nie był jak
każdy inny. Był bardziej wyraźny, czuła go wszystkimi swoimi
zmysłami. Całe ciało Leony przeszły ciarki, poczynając od czubka
głowy, kończąc na nogach. Mimo tak małej ilości snu, czuła się
wypoczęta.
-
Oh, Viktorze… - westchnęła pod nosem.
-
Witaj, pani – lokaj pojawił się jak zawsze z nikąd, gdzieś w
ciemnym kącie sypialni. – Wzywałaś mnie?
-
Witaj Vik. Tak, wzywałam cię – skinęła głową, podnosząc się
z łóżka. Odsłoniła majestatycznym ruchem ciężkie firany. Jasne
światło dość szarego dnia natychmiastowo opanowało cały pokój,
oświecając nagie ciało rudowłosej. Wyglądała jak królowa
ognia. – Cóż dzisiaj przygotowano na śniadanie?
-
Złociste tosty z najlepszej jakości serem, wypieczone tak, jak pani
uwielbia. Do tego słodka przekąska pod postacią zdrowych i
pożywnych ciastek zbożowych, a do picia pani ulubiona…
Ożywiła
się nagle. Zaczęła niuchać i wąchać. Szukała zapachu. Jej oczy
wypełniły się ekscytacją.
-
Oh, tak… - wymruczała i uśmiechnęła się atrakcyjnie, pokazując
swoje idealnie białe zęby. Przejechała po nich językiem, aby
podkreślić ich wyjątkowość.
Przehasała
niby łania po pokoju i szczęśliwa, jak każdego poranka, kiedy
jada dobre śniadania, chwyciła za jedwabny szlafrok. Narzuciła go
na siebie, nie myśląc nawet o jego zawiązywaniu. Wybiegła z
sypialni i wręcz zeskoczyła ze schodów, tak szybko, jak tylko
potrafiła.
Usiadłszy
przy blacie przepięknie, aczkolwiek dość modernistycznie
urządzonej kuchni, zaklaskała w dłonie, rozkoszując się zapachem
dzisiejszego porannego posiłku.
-
Viktorze, cóż ja bym bez ciebie zrobiła, mój kochany? – spytała
się, chociaż mężczyzny nie było w pobliżu. Wiedziała, że
słyszy i za jakiś czas przybędzie.
-
Żyłaby pani równie szczęśliwie jak i teraz, może nawet
szczęśliwiej – odpowiedział posłusznie i szczerze jak zawsze.
-
Oh, nie mów tak! Wiesz przecież, że to nie prawda! – prowadziła
dialog jak zawsze w stylu dramatów. Tyle, że szczerze, tak jak i
lokaj. Nie udawała i nie grała niby na scenie, taka jej natura i
przyzwyczajenie.
-
Jeśli pani tak uważa, to musi to być i prawda – zaserwował
danie główne i napój, a ten zadziałał na Leonę ponownie
pobudzająco.
Chwyciła
za szklankę pełną czerwonej cieczy i piła ją powoli przez
przezroczystą słomkę. Przewróciła oczami i delektowała się
smakiem.
-
Mmm… Zero Rh minus – przestała sączyć swój napitek i zerknęła
na stojącego, jak zawsze na uboczu, Viktora. – Ty to wiesz, co
najlepsze.
-
Taka moja powinność – służyć mojej pani tak dobrze, jak tylko
pozwalają mi moje umiejętności i doświadczenie. Jestem ci oddany
po wieki wieków, Leono Murillo – przyklęknął na jedno kolano.
-
Wiesz, że przychylnie patrzę na prawdomówność i komplementy, ale
najbardziej na twe oddanie, Viktorze Noble, mój wierny sługo -
delikatnym gestem ręki nakazała mu powstać. – Teraz jednak
powróćmy do świata rzeczywistego, ponieważ głód niemiłosiernie
mi doskwiera.
Tuż
po śniadaniu, nasycona i cała w skowronkach, ubrała się w wygodne
i dobrze wyglądające ubrania. Damską, czerwoną koszulę w czarną
kratę, legginsy z nadrukiem, który dawał wrażenie, jeansowych
spodni, wiśniowe vansy oraz nieodłączne okulary z czarnymi
oprawkami. Bez nich niewiele widziała – urok bycia blisko
wzrocznym. Włosów nie upięła, pozwoliła im pożyć własnym
życiem, przeczesując je tylko.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz