Hollywood Undead

czwartek, 15 maja 2014

Rozdział 8

     Dzień był idealny. Słońce świeci, żadnej chmurki na niebie, a w powietrzu zapach lata i… imprezy.
- Życzysz sobie niebios – powiedział zamaskowany mężczyzna, prowadząc Leonę pod rękę – my zamienimy je w piekło…
  Otworzył drzwi do przeciętnie wyglądającego domu. Było tam bardzo ciemno w porównaniu do dworu, a to zmusiło rudowłosą do przymrużenia oczu. Nie widziała nic. Nagle w nozdrza uderzyła fala zmieszanych zapachów. Alkohol. Perfum. Pot. Zioło.
  Najbardziej jednak dało się wyczuć zapach krwi. Świeżej krwi.
  Po przyzwyczajeniu się oczu do totalnej ciemności, rozejrzała się dookoła. W domu było pełno ludzi. Nie. To nie byli ludzie. To były upiory. Zamaskowane, przerażające i wywołujące dreszcze upiory. Z wzrokiem przepełnionym przerażeniem Leona spojrzała na prowadzącego ją mężczyznę. Zauważywszy, że się na niego patrzy, zrobił to samo. Czuła jakby wpatrywał się jej w duszę, jakby ją swoim wzrokiem wypalał. Wzdrygnęła się i opuściła wzrok na podłogę przed sobą. Gdzie ja w ogóle jestem? Co to za miejsce?
- Miejsce gdzie całe zło tego miasta się rodzi – odpowiedział zupełnie jakby słyszał jej myśli. Ton jego głosu był nieziemsko niski. – Tutaj każdy dziwak znajdzie dla siebie kąt. Każdy. Nie ważne kim jesteś, czujesz się inna? Witaj w domu kokochana.
  Na ostatnie słowo drgnęła jak na komendę. Poczuł to.
- Nie ma się czego bać… - wyszeptał jej do ucha, obejmując jak do spokojnego tańca. – Jesteś wśród swoich…
  Szept mężczyzny rozchodzący się po jej szyi, przyprawił czerwonowłosą o gęsią skórkę. Kiedy był tak blisko niej, czuła intensywną woń jego perfum. Jakby nie kontrolując samej siebie, wtuliła się w niego i rozkoszowała się jego zapachem. Wielbiła zapach męskich perfum, a ten był trafiony w dziesiątkę.
  Płynnymi ruchami poruszali się po parkiecie, przemykając między dziesiątkami ludzi. W objęciach nieznajomego czuła się jak w niebie. Takie uczucie jej od dawna nie towarzyszyło, tęskniła za nim. Nie chciała, żeby ta chwila się kończyła.
- Czego ci trzeba złotko? – spytał, a przez jej głowę mimowolnie przewinęły się sceny tak sprośne, że aż sama się zdziwiła.
  Zrobiło się nagle bardzo duszno i gorąco. A może było tak od samego początku? Leona była zdezorientowana i kręciło jej się w głowie. Parkiet wydawał się zapadać, a upiory dookoła wirować. W uszach szum krwi, a w oczach mroczki.
- Co się…? – zerknęła zaszklonym wzrokiem na mężczyznę i natychmiastowo poleciała do tyłu. Zdążył ją złapać, jakby wiedział, że tak się stanie. Utrzymał ją w pozycji pionowej tak, aby widzieć jej twarz. Wyglądała na tak bezbronną i niewinną…
- Przejdźmy w bardziej ustronne miejsce – te słowa słyszała jakby zza ściany.
  Straciła przytomność.
  Gubiła się pośród czarnej, aksamitnej nicości przez bardzo długi czas. Próbowała w tym czasie odgadnąć kim jest ten nieznajomy. Znała ten głos. I to bardzo dobrze…
- Dylan! – krzyknęła, otwierając oczy tak szeroko jak tylko mogła. – C… Co?
  Była z powrotem w swoim pokoju. Sama. Przynajmniej takie miała wrażenie.
- To był tylko głupi sen – stwierdziła, przysłaniając twarz dłońmi. – Tylko sen…
  Tylko co w nim robił Dylan Alvarez?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz