Dzień
był idealny. Słońce świeci, żadnej chmurki na niebie, a w
powietrzu zapach lata i… imprezy.
-
Życzysz sobie niebios – powiedział zamaskowany mężczyzna,
prowadząc Leonę pod rękę – my zamienimy je w piekło…
Otworzył
drzwi do przeciętnie wyglądającego domu. Było tam bardzo ciemno w
porównaniu do dworu, a to zmusiło rudowłosą do przymrużenia
oczu. Nie widziała nic. Nagle w nozdrza uderzyła fala zmieszanych
zapachów. Alkohol. Perfum. Pot. Zioło.
Najbardziej
jednak dało się wyczuć zapach krwi. Świeżej krwi.
Po
przyzwyczajeniu się oczu do totalnej ciemności, rozejrzała się
dookoła. W domu było pełno ludzi. Nie. To nie byli ludzie. To były
upiory. Zamaskowane, przerażające i wywołujące dreszcze upiory. Z
wzrokiem przepełnionym przerażeniem Leona spojrzała na
prowadzącego ją mężczyznę. Zauważywszy, że się na niego
patrzy, zrobił to samo. Czuła jakby wpatrywał się jej w duszę,
jakby ją swoim wzrokiem wypalał. Wzdrygnęła się i opuściła
wzrok na podłogę przed sobą. Gdzie ja w ogóle jestem? Co to za
miejsce?
-
Miejsce gdzie całe zło tego miasta się rodzi – odpowiedział
zupełnie jakby słyszał jej myśli. Ton jego głosu był nieziemsko
niski. – Tutaj każdy dziwak znajdzie dla siebie kąt. Każdy. Nie
ważne kim jesteś, czujesz się inna? Witaj w domu kokochana.
Na
ostatnie słowo drgnęła jak na komendę. Poczuł to.
-
Nie ma się czego bać… - wyszeptał jej do ucha, obejmując jak do
spokojnego tańca. – Jesteś wśród swoich…
Szept
mężczyzny rozchodzący się po jej szyi, przyprawił czerwonowłosą
o gęsią skórkę. Kiedy był tak blisko niej, czuła intensywną
woń jego perfum. Jakby nie kontrolując samej siebie, wtuliła się
w niego i rozkoszowała się jego zapachem. Wielbiła zapach męskich
perfum, a ten był trafiony w dziesiątkę.
Płynnymi
ruchami poruszali się po parkiecie, przemykając między
dziesiątkami ludzi. W objęciach nieznajomego czuła się jak w
niebie. Takie uczucie jej od dawna nie towarzyszyło, tęskniła za
nim. Nie chciała, żeby ta chwila się kończyła.
-
Czego ci trzeba złotko? – spytał, a przez jej głowę mimowolnie
przewinęły się sceny tak sprośne, że aż sama się zdziwiła.
Zrobiło
się nagle bardzo duszno i gorąco. A może było tak od samego
początku? Leona była zdezorientowana i kręciło jej się w głowie.
Parkiet wydawał się zapadać, a upiory dookoła wirować. W uszach
szum krwi, a w oczach mroczki.
-
Co się…? – zerknęła zaszklonym wzrokiem na mężczyznę i
natychmiastowo poleciała do tyłu. Zdążył ją złapać, jakby
wiedział, że tak się stanie. Utrzymał ją w pozycji pionowej tak,
aby widzieć jej twarz. Wyglądała na tak bezbronną i niewinną…
-
Przejdźmy w bardziej ustronne miejsce – te słowa słyszała jakby
zza ściany.
Straciła
przytomność.
Gubiła
się pośród czarnej, aksamitnej nicości przez bardzo długi czas.
Próbowała w tym czasie odgadnąć kim jest ten nieznajomy. Znała
ten głos. I to bardzo dobrze…
-
Dylan! – krzyknęła, otwierając oczy tak szeroko jak tylko mogła.
– C… Co?
Była
z powrotem w swoim pokoju. Sama. Przynajmniej takie miała wrażenie.
-
To był tylko głupi sen – stwierdziła, przysłaniając twarz
dłońmi. – Tylko sen…
Tylko
co w nim robił Dylan Alvarez?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz