Hollywood Undead

piątek, 30 maja 2014

Rozdział 22

  Zadzwonił dzwonek. Wszyscy opuścili klasę.
  Z wyjątkiem Diany.
- Dziękuję, że zostałaś – powiedziała zza splecionych dłoni, opartych na biurku.
- Streszczaj się – przeniosła wzrok z telefonu na nauczycielkę – nie mam zamiaru siedzieć tu dłużej, niż to potrzebne.
- Ciebie naprawdę nie obchodzi, co myślą sobie o tobie inni, co?
- Nie – powiedziała sucho, wręcz z gniewem w głosie – w dupie mam opinie innych.
- Kultura osobista, to także nieznana tobie rzecz?
  Nastolatka przewróciła oczami.
- Tak myślałam…
- Czego ode mnie chciałaś? – spytała dobitnie, bo bardzo chciała już iść do domu.
- A niczego konkretnego – westchnęła. Diana wychwyciła w głosie Leony nutę człowieczeństwa. Aż się wzdrygnęła. – Chciałam dowiedzieć się co nieco o kimś, z kim dzielę swoje zainteresowania.
- Hę? – czarnowłosa była zdezorientowana. My? Wspólne zainteresowania?
- I pledge allegiance to the mask… - Leona uśmiechnęła się półgębkiem i wstała.
- ­That I’ll carry whisky in my flask- dziewczyna wytrzeszczyła oczy i także wstała z miejsca.
  …And anyone to diss HU,
  I’ll leave a bloody mess of you!
  For we are family, you and I,
  Three Tears for you, we all shall cry!
  All day, all night, our flags will fly,
  The Undead Army till the day we die!
  Echo przysięgi rozbrzmiewało jeszcze przez chwilę w klasie. Diana nie mogła z siebie wyksztusić ani słowa więcej. Przez długi czas wpatrywała się, stojąc na baczność, w nauczycielkę, która pakowała swoje rzeczy.
- P… pani… - wyjąkała w końcu.
- Hm? – Leona zerknęła na osłupiałą uczennicę, nie przestając się pakować. Zachowywała się jakby zupełnie nic się nie zdarzyło.
- Skąd…
- Cóż, wiem, że jestem ślepa – uśmiechnęła się i chwyciła teczkę w dłoń – ale nie trudno jest zauważyć białą gołębicę z granatem pod ogromnym napisem Hollywood Undead na czarnej koszulce. W sumie to trudno, jak nie mam okularów, ale to nic… Tak, tak, wiem, że już nie pierwszy raz masz na sobie tą bluzkę, ale jakoś nie miałam… odwagi się do ciebie odezwać.
- Ale przecież dopiero co darłaś na mnie ryja, że cię olewam!
- No, tylko spokojnie – zabrzmiała trochę surowiej – bez takich proszę. Nie jesteśmy najlepszymi przyjaciółkami, mimo wszystko wymagam trochę kultury.
- Sorry…
  Leona chrząknęła i podeszła do czarnowłosej.
- P… - słowo nie mogło jej przejść przez gardło. Zupełnie jakby nie wiedziała, jak je wypowiedzieć. Było dla niej niczym słówko z języka obcego, którego nigdy nie słyszała. – Przepraszam…
- Od razu lepiej – zielonooka uśmiechnęła się szczerze.
  O w mordę, pomyślała sobie Diana, wpatrując się w słodki uśmiech swojej nauczycielki. Przecież to nie jest ta sama kobieta, która jeszcze parę minut temu siedziała tam przy biurku…
- Hm? Co się mi tak przypatrujesz? Coś nie tak? Może mam coś na twarzy? – Leona poczuła się lekko zmieszana i spanikowała.
- Nie, nie! – uspokoiła ją natychmiastowo. – Wszystko jest ok…
- … tylko? – rudowłosa wiedziała, że Diana miała coś jeszcze do powiedzenia.
- Nie no, po prostu nie mogę uwierzyć, że ty taka jesteś – odpowiedziała częściową prawdę. Przecież nie powiem jej, że jest ładna, bo to dziwnie zabrzmi!
- Mhm… - zachichotała równie słodko i niewinnie, jak wcześniej się uśmiechnęła.
  Ta kobieta ma w sobie tyle uroku!
  Leona zerknęła na srebrny zegarek na jej nadgarstku. Była prawie szesnasta.
- Wydaje mi się, że czas na nas – wskazała kciukiem na znajdujące się za nią otwarte drzwi. – Odprowadzić cię może?
- Chciałam zapytać o to samo… Ekhem! Znaczy się, tego, no…
  Melodyjny śmiech rozległ się po sali. Diana zrobiła się czerwona.
- O mamo! Przepraszam cię… Ja… - wzięła głęboki wdech i uspokoiła się. – Ciebie też nie znałam z tej strony! Chodź kochana, zobaczymy gdzie nas Los powiedzie.
  Idąc równym krokiem, dziewczyny przeszły się po mieście i poprzeglądały różne sklepy z ciekawości, czy znajdą tam coś interesującego i pożytecznego. Leona, kobieta z gracją, za którą faceci oglądali się bez przerwy, szła krok w krok ze swoją uczennicą, która reprezentowała sobą nic innego, jak anarchię, totalny chaos i metal. Szczególnie to ostatnie.
  Dogadywały się bardzo dobrze, choć rozmawiały o błahostkach. Wstąpiły nawet do kawiarenki na porcję prawdziwych lodów, za które zapłaciła Leona. Cena ich była wcale nie mała, ale kto bogatemu zabroni, prawda?
  Po bardzo długim czasie spędzonym ze sobą, trafiły w końcu pod dom rudowłosej.
- O kurwa, jaka chata… - westchnęła Diana.
  Leona chrząknęła i skarciła swoją towarzyszkę wzrokiem.
- Znaczy się… Ładny dom. Jak ty żeś się go dorobiła?
- Ta historia innym razem – odpowiedziała luźno i poprawiła osuwające się z jej noska okulary. – Jest bardzo długa, a ja zbytnio czasu nie mam. Przepraszam…
- Co ty, nic nie szkodzi. Obowiązki, co?
- Yup…
- No cóż… W takim razie do zobaczenia kiedyś po szkole, hm?
  Leona przytaknęła i uśmiechnęła się słodko, po czym podeszła do bramy. Zanim jednak weszła na podwórko, pożegnała się.
- Pa kochana.
- P… pa… - zarumieniła się.

  Weź idź, dziwnie się czuję, jak ona się tak do mnie zwraca. Nikt tak do mnie wcześniej nie mówił… Heh, ale trzeba przyznać – miłe uczucie.

środa, 28 maja 2014

Rozdział 21

  Dni w pracy mijały Leonie, jak zawsze, szybko. Niestety już nie bez problemów.
  Diana Ellson została zmuszona do chodzenia do szkoły, groził jej kurator. Ta dziewczyna, to uosobienie chaosu i anarchii. Każdy nauczyciel praktycznie jej ulegał, nie wymagał od niej niczego innego, jak siedzenia z tyłkiem przy ławce. Nie musiała nawet ich słuchać, ale dla świętego spokoju być w klasie.
  Co innego Leona. Na jej lekcjach miał panować porządek, nie ma, że boli.
- Diana, podejdź proszę do tablicy – odezwała się grzecznie, zapatrzona w monitor swojego służbowego laptopa.
- Mhm… - czarnowłosa siedziała na obróconym na bok krześle, tyłem do okna i przyglądała się swoim paznokciom.
- Diana, poproszę cię do tablicy – nutka niecierpliwości zdała się wkraść w ton głosu Leony. Odruchowo poprawiła idealnie leżące okulary i spojrzała się na uczennicę.
- Yup, już lecę… - przeciągnęła się tylko, wydając z siebie przeciągły jęk. Nawet nie zauważyła kiedy nauczycielka podeszła do jej ławki.
- Nie przeginaj, Ellson – skarciła ją wzrokiem, a ta niewzruszona spojrzała jej w oczy. – Wiem, że od ciebie nikt niczego nie wymaga, ale dobrze wiesz, że ze mną nie takie numery…
- O matko, weź się odczep, co? – Diana skrzywiła się. – Mnie tu nawet nie powinno być! Sama widzisz, że nie pasuję do tej zgrai dupowłazów i wazeliniarzy…
  Leona była co najmniej zszokowana tymi określeniami.
- … siedzą tylko i uniżają przed tobą te swoje główki – słowa nastolatki były przesiąknięte pogardą i wstrętem. – O nie, nie… Nie masz nawet na co liczyć, nie będę taka! Idź sobie szukać pupilków gdzie indziej.
  Rudowłosa aż oniemiała. Wytrzeszczyła tylko oczy na dziewczynę i zbierała myśli.
- Wiesz w ogóle, co to jest dobre wychowanie? – odparowała po dłuższym czasie. Nikt z klasy nie śmiał nawet spojrzeć w ich stronę, każdy robił wyznaczone zadania. – Oh, przepraszam, głupie pytanie. Nie wiem dlaczego uznajesz zwyczajne podejście do tablicy za objaw, jak ty to ujęłaś, wazeliniarstwa, ale wiem, że powinnaś się troszeczkę zastanowić nad swoim zachowaniem. Dalej, do tablicy! Jak Kuba bogu, tak Bóg Kubie. Ty jesteś niegrzeczna względem mnie, to i vice versa. Szoruj!
  Diana prychnęła tylko, przewróciła oczami i usiadła w miarę normalnie. Kobieta zmrużyła oczy i powróciła na swoje miejsce.
- Zostań po dzwonku – wlepiła z powrotem wzrok w laptop. – Trudy, w takim razie ty podejdź do tablicy. Nie masz raczej takiego samego zdania, co nasza szkolna anarchistka, prawda?
  Zgrabna brunetka pokiwała głową w popłochu i drobnym, nerwowym krokiem podeszła do tablicy interaktywnej. Była tak przerażona, że aż dostała gęsiej skórki.
  O mamo, pomyślała sobie Leona, czy ja naprawdę jestem aż taka straszna? No z wyglądu raczej nie, to, że ubieram się elegancko, raczej nie powinno odstraszać ludzi! Co, bo jestem ruda i nie mam duszy? Hmpf! Też mi myśle… O rany, nie, tego nie było, to się wytnie, ja nie mam duszy. No to pomijając ten fakt, przecież zachowuję się jak człowiek, mam uczucia i je okazuję! To, że jestem wymagająca, to co innego. Ale przecież nie jestem jedynym nauczycielem w tej szkole, który wymaga od uczniów uczenia się.
  Rudowłosa zmarszczyła nosek i zdjęła okulary, po czym oparła czoło na dłoniach.

- Nie potrafię zrozumieć ludzi – westchnęła i ponownie założyła okulary.

Rozdział 20

  Dni w pracy mijały Leonie, jak zawsze, szybko. Niestety już nie bez problemów.
  Diana Ellson została zmuszona do chodzenia do szkoły. Ta dziewczyna, to uosobienie chaosu i anarchii. Każdy nauczyciel praktycznie jej ulegał, nie wymagał od niej niczego innego, jak siedzenia z tyłkiem przy ławce. Nie musiała nawet ich słuchać, ale dla świętego spokoju być w klasie.
  Co innego Leona. Na jej lekcjach miał panować porządek, nie ma, że boli.
- Diana, podejdź proszę do tablicy – odezwała się grzecznie, zapatrzona w monitor swojego służbowego laptopa.
- Mhm… - czarnowłosa siedziała na obróconym na bok krześle, tyłem do okna i przyglądała się swoim paznokciom.
- Diana, poproszę cię do tablicy – nutka niecierpliwości zdała się wkraść w ton głosu Leony. Odruchowo poprawiła idealnie leżące okulary i spojrzała się na uczennicę.
- Yup, już lecę… - przeciągnęła się tylko, wydając z siebie przeciągły jęk. Nawet nie zauważyła kiedy nauczycielka podeszła do jej ławki.
- Nie przeginaj, Ellson – skarciła ją wzrokiem, a ta niewzruszona spojrzała jej w oczy. – Wiem, że od ciebie nikt niczego nie wymaga, ale dobrze wiesz, że ze mną nie takie numery…
- O matko, weź się odczep, co? – Diana skrzywiła się. – Mnie tu nawet nie powinno być! Sama widzisz, że nie pasuję do tej zgrai dupowłazów i wazeliniarzy…
  Leona była co najmniej zszokowana tymi określeniami.
- … siedzą tylko i uniżają przed tobą te swoje główki – słowa nastolatki były przesiąknięte pogardą i wstrętem. – O nie, nie… Nie masz nawet na co liczyć, nie będę taka! Idź sobie szukać pupilków gdzie indziej.
  Rudowłosa aż oniemiała. Wytrzeszczyła tylko oczy na dziewczynę i zbierała myśli.
- Wiesz w ogóle, co to jest dobre wychowanie? – odparowała po dłuższym czasie. Nikt z klasy nie śmiał nawet spojrzeć w ich stronę, każdy robił wyznaczone zadania. – Oh, przepraszam, głupie pytanie. Nie wiem dlaczego uznajesz zwyczajne podejście do tablicy za objaw, jak ty to ujęłaś, wazeliniarstwa, ale wiem, że powinnaś się troszeczkę zastanowić nad swoim zachowaniem. Dalej, do tablicy! Jak Kuba bogu, tak Bóg Kubie. Ty jesteś niegrzeczna względem mnie, to i vice versa. Szoruj!
  Diana prychnęła tylko, przewróciła oczami i usiadła w miarę normalnie. Kobieta zmrużyła oczy i powróciła na swoje miejsce.
- Zostań po dzwonku – wlepiła z powrotem wzrok w laptop. – Trudy, w takim razie ty podejdź do tablicy. Nie masz raczej takiego samego zdania, co nasza szkolna anarchistka, prawda?
  Zgrabna brunetka pokiwała głową w popłochu i drobnym, nerwowym krokiem podeszła do tablicy interaktywnej. Była tak przerażona, że aż dostała gęsiej skórki.
  O mamo, pomyślała sobie Leona, czy ja naprawdę jestem aż taka straszna? No z wyglądu raczej nie, to, że ubieram się elegancko, raczej nie powinno odstraszać ludzi! Co, bo jestem ruda i nie mam duszy? Hmpf! Też mi myśle… O rany, nie, tego nie było, to się wytnie, ja nie mam duszy. No to pomijając ten fakt, przecież zachowuję się jak człowiek, mam uczucia i je okazuję! To, że jestem wymagająca, to co innego. Ale przecież nie jestem jedynym nauczycielem w tej szkole, który wymaga od uczniów uczenia się.
  Rudowłosa zmarszczyła nosek i zdjęła okulary, po czym oparła czoło na dłoniach.


- Nie potrafię zrozumieć ludzi – westchnęła i ponownie założyła okulary.

Rozdział 19

     Viktor stanął przed swoją panią.
- Leono – odezwał się do niej po imieniu i tonem, jakiego nigdy wcześniej u niego nie słyszała. – Leo, spójrz na mnie.
  Chwycił jej podbródek, zmuszając rudowłosą do spojrzenia sobie w oczy.
- Ja wiem, że ty taka nie jesteś. Nie pozwól, żeby gniew zrobił z ciebie potwora. Nazwisko twojego rodu jest znane wśród innych wampirów, nie możesz go splamić. Wykonam każdy twój rozkaz, tego możesz być pewna, ale zanim powiesz coś, czego będziesz potem niezmiernie żałować, pomyśl dwa razy. Zamieniając się w krwawą bestię żądną posoki swoich przeciwników, narażasz się na prześladowanie przez Łowców. Jeden cię wytropi i jeden doszczętnie zniszczy. Z nimi nie ma żartów. Dlatego zapytam jeszcze raz – czy jesteś pewna, że mam ich zabić?
- Sam mówiłeś, że są niebezpieczni – odpowiedziała nadal bezdusznie – dlaczego mamy pozostawić przy życiu kogoś, kto stanowi zagrożenie dla… wszystkich?
- Są dla ciebie ważni. Szczególnie jeden z nich – Matthew St. Claire.
  Wtem Leona powróciła, otwierając szeroko oczy, tak aby Viktor mógł widzieć ich szmaragdową barwę. Potrząsnęła głową, poprawiła okulary na jej drobnym nosku i o mały włos potykając się o własne nogi, ruszyła w stronę tłumu broniącego przejścia na korytarz.
- Przepuśćcie mnie! – wzrok całego zespołu zwrócił się w jej stronę i ustąpili jej miejsca. – Mattie!
  Podbiegła drobnymi kroczkami do perkusisty, który siedział na ziemi nieruchomo i opierał się plecami o ścianę.
- Mattie – chwyciła oburącz delikatnie jego twarz i zwróciła ku swojej. Wyglądał okropnie. Był przemęczony, miał bladą twarz i spękane usta. Nie miał sił otworzyć nawet oczu i ciężko oddychał. – Mattie, ocknij się, proszę cię…
  Ostrożnie puściła jego twarz i zaczęła w panice zastanawiać się, co zrobić.
- Umm… W przypadku ludzi powinnam podnieść kończyny górne i dolne, żeby krew dopływała do mózgu i zadzwonić po pogotowie… Ale on nie jest człowiekiem! W jego żyłach nie płynie krew, a i zadzwonić na pogotowie nie mogę! Co ja mam zrobić? Pom…móż…cie…
  Leona poczuła się nagle senna. Zaczęła słyszeć niewyraźny śpiew. A może ktoś, coś tylko nucił?
 
  Good night, sleep tight, don’t let the dead bite…



     Obudziła się z wrażeniem, jakby przez cały ten czas kiedy spała, wcale nie oddychała. Jej pierwszy wdech był wręcz agonalny, aż klatka piersiowa ją zabolała. Oczy miała szeroko otwarte, ale widziała niewyraźnie, co zmusiło ją do natychmiastowego przymrużenia ich. Była bezsilna. Nie potrafiła poruszyć żadną kończyną, żadną częścią swojego ciała. Była zdolna tylko oddychać i mrugać.
  Co się… Gdzie ja jestem? Gdzie są moje okulary? Niczego bez nich nie widzę! I dlaczego nie mam w ogóle sił? Czekaj, czekaj. Leo, skup się, co pamiętasz, że się ostatnio zdarzyło? Pamiętam… Pamiętammm… Zjadłam śniadanie i ubrałam się… W takim razie dlaczego leżę znów w łóżku? Zemdlałam?
Najwidoczniej…



środa, 21 maja 2014

Rozdział 18


- …Nie chcę wyjść teraz na jakiegoś bezdusznego – zrezygnowali z szeptania – ale… Sama chciałaś usłyszeć wszystko, co J miał do powiedzenia. Ostrzegałem cię nawet, żebyś z nim nie zadzierała, ten facet nie ma skrupułów.
  Jorel parsknął i potaknął.
- A ja musiałam się o tym przekonać na własnej skórze – Leona podniosła spokojnym ruchem głowę i pustym wzrokiem spojrzała się na szyderczo uśmiechającego się Włocha. – Jednak nie mam z tym problemu, Matthew. Gdybym tylko chciała, skinęłabym małym paluszkiem i tym rozkazała mojemu lokajowi wypruć tu wszystkim flaki i powiesić na własnych jelitach. Przed tym jeszcze jednak powyrywać paznokcie i zęby. Po kolei i tak żeby bolało. Za całą krzywdę wyrządzoną moim ludziom – oczy rudowłosej przybrały czarny kolor, a w jej wargę zaczęły się lekko wbijać kły. – Szczególnie kazałabym ciebie, Jorelu Decker, stratować w taki sposób abyś cierpiał z was wszystkich najbardziej. Żebyś poczuł ten ból, którego nie doświadczyłeś nigdy wcześniej.
  Bezduszność Leony zabolała Matta. „Wszystkich”, pomyślał, czyli w tym i mnie…
- Dobrze wiedzieć, że znaczę dla ciebie tyle, co nic – uśmiechnął się nieszczerze i z rękoma skrzyżowanymi na piersi wyszedł z pomieszczenia. Charlie powiódł za nim wzrokiem.
- Wprowadzić Mattiego w taki stan? – pomyślał na głos. Spoważniał. Przykucnął przed Leoną i położył dłonie na jej kolanach.
- Nie dotykaj mnie – jej głos był chłodny i pozbawiony wszelkich pozytywnych emocji.
  Podniósł dłonie i oparł tym razem na swoich udach.
- Słuchaj ślicznotko – przemówił bardzo poważnym tonem – masz na naszego przyjaciela ogromny wpływ. Jeśli to spier… Ekhem, jeśli coś się mu stanie, to wiedz, że cała wina pójdzie na ciebie i wtedy nie ręczę za siebie. Nie ręczę za żadnego z nas. Znajdziemy cię nie ważne, jak daleko będziesz uciekać.
- Viktor też was znajdzie – sparowała niewzruszona słowami Jordona – nie bój żaby.
- W takim razie ujmę to inaczej.  Zależy ci na Mattiem?
  Twarz Leony ani nie drgnęła. Wszyscy czekali na odpowiedź. Nie doczekali się.
- Zadam to pytanie jeszcze raz. Leo…
- Jesteś pewien, że zadajesz to pytanie właściwej osobie? – tajemniczy uśmiech pojawił się na ustach Viktora, który dotychczas niewiele się odzywał.
  Charlie przyjrzał się dokładniej kobiecie. Nie zauważył niczego, więc z powrotem zerknął na lokaja, po czym ten palcem wskazał na własne oko. Ponowne przeanalizowanie stanu Leony. Wszystko było na swoim miejscu, tylko jej oczy były… obce.
  Jordon wstał gwałtownie, aż mu w kolanach strzyknęło.
- Matt! – ruszył w stronę wyjścia energicznym krokiem. Wychylił wyłącznie głowę i momentalnie obrócił się w stronę reszty. – Jorel? Można na słówko?
- Mhm… – zerknął nieufnie na Viktora, po czym podszedł do swojego przyjaciela.
- Zanim tam spojrzysz… - Jordon położył dłonie na barkach J-Doga. – Czy kiedykolwiek widziałeś… Prawidziwe ja Mattiego?
  Wszyscy wytrzeszczyli oczy na Charliego, po czym podbiegli w stronę wyjścia i wpadli na korytarz.
-… Ale czego ty się spodziewałeś!? – dobiegł ich z drugiego końca korytarza głos Matta. Był bardziej chrapliwy, jak zawsze. Bardziej demoniczny. – Że ona ciebie zechce!? Takiego nieudacznika, jak ty!?
- Ja? Nieudacznikiem? – nagle jego barwa głosu złagodniał, a ton głosu był bliski płaczu. – A co ja takiego zrobiłem, że nazywasz mnie nieudacznikiem?
- Nawet nie potrafisz zadbać, o kogoś, na kim ci zależy!
-  Ale kiedy…
- Nie wciskaj mi kitu, że ona ciebie nie obchodzi! Chcesz, żeby zwróciła na ciebie uwagę!?
- No t… tak.
- Chcesz, żeby i jej zależało na tobie!?
- Mhm…
- No to weź się kurwa w garść i bądź mężczyzną! Widziałeś w jakim jest stanie! To nawet nie jest ta kobieta, do której coś czujesz!
- Ale…!
- Żadnych „ale”! Nie oszukuj się!
  Nagle Matthew skulił się niby z bólu, łapiąc się za twarz i krzyknął przeciągle. Zupełnie jakby trzy osoby na raz się rozdarły. A na korytarzu stała jedna.
- DOŚĆ! DOŚĆ TEGO!
  Obrócił się w stronę swoich przyjaciół. Oniemieli. Twarz Matthew była przedzielona na dwie równe części. Lewa strona jego twarzy była blada, a wyraz tej części twarzy był smutny, wręcz przerażony. Prawa zaś wyglądała jakby była obdarta ze skóry, a widniała na niej wściekłość.
  Nagle lewa część stłukła się niczym porcelana, ukazując całą furię. Sekundę po tym, całą twarz pokryła biała maska.
- WYNOŚCIE SIĘ Z MOJEJ GŁOWY! – Matt ponownie chwycił się za twarz, roztrzaskując maskę w jednej dłoni. Pociekła krew.
  Danielem emocje szargały najmocniej. Był przerażony tym widokiem. Już chciał ruszyć na pomoc swojemu przyjacielowi, kiedy Dylan silnie złapał go za rękę.
- Puszczaj, chcę mu pomóc!
- A skąd wiesz, co się stanie jak do niego podejdziesz? Widzisz, co się z nim teraz dzieje? W jakim jest stanie psychicznym?
- Nie skłamałbym, gdybym powiedział, że został obarczony najcięższym brzemieniem z nas wszystkich – wtrącił swoje zdanie George. – My… okiełznaliśmy swoje demony dawno temu…
- My posiadamy jednego wewnętrznego demona – przerwał mu Jorel. – Matt walczy z dwoma.
- I sam ze sobą – dodał Charlie. ***

Jeśli ktokolwiek to czyta, to miło byłoby dostać jakikolwiek znak. Wrzucanie w pustkę nie jest jakoś wielce fascynujące ._.

Rozdział 17

     Myśli Leony nie mogły zebrać się w spójną całość, szok i niedowierzanie wymieszane z przerażeniem i obrzydzeniem, opanowały jej cały umysł. Słuchając Jorela, uświadomiła sobie, że nie pamięta ze swojego dzieciństwa niczego. Kompletna pustka w głowie. Nagle przeszedł ją okropny dreszcz.
- Ale… - wyksztusiła z siebie po długich przemyśleniach, albo raczej po próbach przemyśleń. – Ale dlaczego…?
  Jorel prychnął tylko i usiadł z powrotem na krzesło tuż obok Georga po czym uśmiechnął się szyderczo.
- Bo ja wiem? Nie znałem powodów szefuńcia. Mało mnie one wtedy obchodziły, uznałem to po prostu za dobrą okazję do rozerwania się i poszedłem z nim… - przymrużył oczy i spojrzał na Leonę. – Chociaż teraz, cholera, dobrze by było wiedzieć, jakie ten facet miał zamiary i co było powodem tego ataku…
  Leona mamrotała tylko coś pod nosem. Blask z jej oczu zniknął już dawno, były puste. Pozbawione emocji.
- Cóż! Nie dowiemy się jednak, bo ktoś postanowił wpaść na ratunek, martwej już, twojej rodzince!
  Humor Jorela poprawił się niezmiernie. Jeszcze kilkanaście minut temu chodził zły jak osa, a teraz, po wyrzuceniu z siebie wszystkiego, co się w nim kisiło, wydawał się być całkowicie innym człowiekiem. Szczerze się uśmiechał!
  Nagle Matthew otworzył szeroko oczy w przerażeniu i jak strzała ruszył w stronę J-Doga. Chwycił go za ubrania i silnie szarpnął nim, tylko po to, żeby ściągnąć go z krzesła.
- Co ty ku… - nie dokończył. Matt wskazał tylko palcem na sztylet, który przebił oparcie na wylot.
  Wszystkie oczy zwróciły się w stronę Leony. Stał przed nią mężczyzna w czarnym smokingu, wokół którego rozchodziła się aura niby z czarnego, drobnego pyłu. Jego srebrzyste włosy były ułożone idealnie na aktualnie opuszczonej głowie. Wyglądał jak posąg, nie drgnął ani na centymetr.
  Perkusista przełknął głośno ślinę i wypuścił Jorela z objęć.
- Tylko bez paniki – zaczął wszystkich uspokajać swoim chrapliwym głosem. – To jest V…
  Nie zdążył nic konkretnego jeszcze powiedzieć, a koło jego ucha świsnął kolejny sztylet. Wbił się prosto w ścianę. Nie dało się nawet zauważyć kiedy mężczyzna nim rzucił. Cały czas stał w takiej samej pozie.
  Georga skręcało w trzewiach. Był zły. Bardzo zły. Wiedział, że długo tak nie wytrzyma i w końcu wybuchnie. Bardzo tego nie chciał, ale jego trudności z pohamowaniem agresji wcale mu w niczym nie pomagały. Kim jest ten skurwysyn? Jak on w ogóle śmie wkraczać na nasz teren? Na dodatek, tak żeby było śmieszniej, grozi nam na naszej posesji! Grozi? Co ja gadam! On nas tu atakuje!
  Na twarzy Johnny’ego powoli ukazywały się zmiany. Jego skóra na twarzy pomału przybierała wygląd popękanej i spieczonej silnie słońcem ziemi. Jorel zerknął na niego kątem oka, tak aby nie wykonywać żadnych gwałtownych ruchów.
  O nie…
- George? – w jego głosie dało się usłyszeć panikę. – Georgie, tylko spokojnie, nie denerwuj się!
  Uspokojenia J-Doga nie działały. Przemiana postępowała. Po prawej stronie zaczynała ukazywać się delikatna sylwetka motyla. Wnet rozległ się krótki dźwięk pęknięcia. Motyli kształt wypełnił się świecącą substancją. Płynęła mozolnie i wydzielała ciepło. Najprawdopodobniej to była lawa.
  O kurwa, pomyślał Dylan i spojrzał się wszystko mówiącym wzrokiem na Daniela.
- No to się będzie działo… - wymamrotał do kochanka. Jego głos także zawierał nutkę paniki i strachu.
- Georgie… - próbował dalej Jorel. Przecież zazwyczaj to działało! – Georgie, proszę cię, uspokój się. Nie masz co się denerwować, wszyscy jesteśmy cali, a jeśli teraz pokażesz prawdziwego siebie, to być może już tak nie będzie. Chyba nie chcesz nas wszystkich tutaj pozabijać!
  Nic. Zero reakcji, zupełnie jakby nie słyszał słów przyjaciela. Złość go totalnie zaślepiła. Tym razem wzdłuż lewej części twarzy skóra zaczęła pękać na kształt liczby „3”. Gdzieniegdzie z wąskich szczelin przedzierały się śnieżnobiałe promyki. Dopiero kiedy trójka całkowicie utorowała sobie drogę na skórze wściekłego mężczyzny, lekko oślepiające światło rozbłysło, ukazując całą okazałość znaku.
- Ratuj się kto może – pokręcił głową Matthew, a jego ręce opadły bezwładnie.
  George ryknął przeciągle i wściekle, jak zwierzę.
  Nie, nie jak zwierzę.
  Jak demon.
- No to zajebiście – westchnął praktycznie niewzruszony Jordon, siedzący z pustą już butelką po piwie, tuż obok Leony. Kilka kroków przed nim stał nieznany mu mężczyzna w smokingu.
  Odchrząknął tylko i wstał jakby nigdy nic.
- Sorry facet, ale czegoś tu nie rozumiem – podszedł nonszalanckim krokiem do starszego i równie lekceważącym tonem do niego przemówił. – Bo widzisz… Przed chwilą ten oto gość – objął jednym ramieniem mężczyznę w garniturze, zupełnie jakby go znał od lat, a drugą ręką wskazał na Jorela, który z przerażeniem patrzył na towarzysza – przed chwileczką opowiedział nam pewną fascynującą historię i tak… Nie żeby coś, ale przypominasz mi pan z opisu tego psychopatę, który wyrżnął, niestety dla niego, PRAWIE w pień całe stowarzyszenie kambionów…
  Odjął rękę z mężczyzny i spojrzał na jeszcze przed chwilą wzbudzającego zgrozę Georga. Patrzył się na Charliego z równie wielkim niedowierzaniem, jak reszta. Twarz powoli zaczęła mu się już regenerować. Tam, gdzie płynęła lawa, znajdowała się teraz tylko okropna blizna pooparzeniowa.
- Co wy teraz? – wzruszył ramionami. – Patrzycie się na mnie, jak cielę w malowane wrota! Czy ja robię coś nie tak? A może ten facet wam nie pasuje. O, właśnie. – obrócił się twarzą do nieznajomego. Wpatrywał się on w oczy Charliego i szukał w nich duszy do spalenia. – Zwracam się do ciebie per facet, a jak każdy inny na świecie masz na pewno imię… Mattie, chciałeś nam go przedstawić, ale jakoś sztylet koło ucha ci odebrał mowę. No, trzeba przyznać, że z niezłym impetem został rzucony – za pomocą telekinezy przyniósł sobie sztylet, po czym zręcznie go podrzucił i złapał za ostrze, tak, żeby się nie pociąć. Podał broń właścicielowi.
- Viktor – wykrztusił z siebie Matthew.
- No! Teraz to możemy pogadać, jak mężczyzna z mężczyzną! – poklepał Viktora po ramieniu i uścisnął mu dłoń. – Jordon jestem. Ale zwracaj się do mnie Charlie, dobra? Siupnij se pan koło naszego ślicznego, rudowłosego aniołka i porozmawiajmy jak… ludzie.
  Jorel, George, Dylan, Daniel i Matthew nie do końca potrafili zrozumieć tę sytuację. Ich miny wyrażały więcej niż tysiąc słów. Byli niezmiernie zmieszani. Lawirowali emocjami między trwogą, a niedowierzaniem.
- Ok, wracając do psychopaty – klasnął w dłonie i stanął wyluzowany przed siedzącym Viktorem. – Został on mniej więcej opisany… „Wąsaty, o czarnych włosach zaczesanych do tyłu i w garniaku”. No, co prawda, to prawda, z wiekiem włosy ci wyblakły i zgoliłeś wąsy, ale smoking i fryzurka pozostała. I to albo J po prostu nie rozgarnia między garniakiem, a smokingiem, albo zmieniłeś ubiór. Tak czy tak – klasycznie i elegancko. Wspominał też o złotych oczach… Ty Viktor masz brązo… O! Błyskają ci na złoto! Dobra jest, w takim razie wychodzi na to, że to właśnie ty jesteś tym, że tak powiem, rzeźnikiem. Może kilka wyjaśnień, co? Bo póki co, to ja mam same pytania pozostawione bez odpowiedzi. Najbardziej gryzą mnie te, dotyczące naszego aniołka…
  Za każdym razem, jak Jordon nazywał Leonę NASZYM aniołkiem, Matt czuł silną potrzebę uderzenia swojego towarzysza.
- Mattie, mój ty przyjacielu, weź może jednak pogadaj ze swoją lubą, bo wygląda na CO NAJMNIEJ przybitą…
- Oni cały czas rozmawiają – odezwał się w końcu Viktor.
  Charlie zrobił tylko głupkowatą minę, zerknął to na Matthew, to na Leonę i wzruszył ramionami.

- Też się kurna dobrali – skomentował na głos rozbawiony – oboje z jakimś super-hiper wyostrzonym słuchem i weź teraz miej pewność czy nie gadają akurat o tobie!

piątek, 16 maja 2014

Rozdział 16

     Atmosfera w pomieszczeniu rozluźniła się nieco, pozwalając Leonie pozbierać myśli. Reasumując, pozbierała wszystkie swoje myśli do kupy, jestem w totalnie mi nieznanym miejscu, jakiejś dziurze pełnej staczających się ludzi i demonów, które gdyby tylko im Matt pozwolił, rozszarpałyby mnie na strzępy, po czym spaliły dla pewności, że się nie zregeneruję. Szczególnie Jorel, teraz siedzi i myśli, ale to długo nie potrwa.
  J-Dog siedział na rozpadającym się krześle z rękoma opartymi na udach i głową opierającą się na złożonych dłoniach. Tupał nerwowo nogą i przebiegał po każdym po kolei wzrokiem. Jakby czegoś lub kogoś szukał. Siedzący tuż obok George przewiercał Leonę wzrokiem. Wzdrygnęła się.
- Dobra, cholera jasna – rozpoczął chrapliwym głosem. – Musimy sobie trochę rzeczy powyjaśniać.
  Przebywający do tej pory gdzieś w cieniu na osobności Dylan i Daniel, zabrawszy ze sobą krzesła usiedli bliżej reszty. Leona poczuła jak mięśnie Matthew się napinają. Spojrzała na niego, a on żeby ją uspokoić, pogłaskał delikatnie jej przedramię kciukiem.
- Zacznijmy od początku. Kim jesteś? – rzucił rudowłosej pełne złości spojrzenie.
  Przebrnęła wzrokiem po pozostałych i głośno przełknęła ślinę. Wszyscy czekali z niecierpliwością na odpowiedź.
- Mam na imię Leona Murillo… - zaczęła, ale natychmiast jej przerwano.
- Murillo? – podniósł głos zaskoczony Daniel.
- Tak Danny, Murillo – odpowiedziała spokojnie. – Mamy identyczne nazwiska, ale nasze rodziny nie mają ze sobą nic a nic wspólnego.
- No chyba, że czegoś nie wiemy, Danny – wtrącił się rozbawiony Jordon. – Pokaż ząbki.
  Daniel spojrzał się na niego i uśmiechnął się przez zaciśnięte usta.
- Nie są ze sobą spokrewnieni – odezwał się swoim głębokim, zmysłowym głosem Dylan. – Gdyby byli, to miałbym dziurawy język.
  Potrafili sobie stroić żarty nawet w tak poważnych chwilach. Jorelowi nie było do śmiechu, patrzył tylko na nich i czekał na spokój. Kiedy przeszła im głupawka, spojrzał na Leonę.
- Kontynuuj…
- Jak już wiecie, jestem wampirzycą. Żyję już… bardzo dawna i wiele przeżyłam. Jestem wampirem wysokiego rodu, w moich żyłach płynie tylko wampirza krew, zero ‘skazy’ ludzkiej. Moja rodzina… - zatrzymała się i utkwiła wzrok w podłodze. Dławiła w sobie łzy. – Nie znałam ich zbyt dobrze. To, jacy byli moi krewni wiem tylko i wyłącznie z opowiadań mojego wiernego lokaja, Viktora. Dlaczego? – rzuciła pełne gniewu spojrzenie na wpatrującego się w nią J-Doga. – Może raczysz mi wyjaśnić?
  Uśmiechnął się półgębkiem.
- Ze szczegółami?
- Tak – odpowiedziała stanowczo.
- Ale jesteś tego całkowicie pewna?
- Jak niczego innego.
- No to usiądźcie wygodnie i posłuchajcie, Jorel opowie wam bajeczkę – wstał z krzesła i zaczął przechadzać się powoli po pokoju. – Stało się to pewnej letniej nocy, dokładnej daty nie pamiętam. Ale tylko daty.
  Powietrze pachniało świeżo skoszoną trawą, a w nim latały robaczki świętojańskie, oświetlając czarne jak smoła terytorium. Dźwięk melodii granej przez świerszcze do tej pory trzyma się mojej głowy. Był nietypowy, jakby zapowiadał coś, czego nikt nie chciał widzieć. Jakby ostrzegał. Nikt jednak tego nie potrafił wychwycić, żadna z ofiar, byli zajęci balowaniem. Ja i moi pobratymcy czailiśmy się niczym cienie w niezmierzonej otchłani nocy i oczekiwaliśmy na dogodny moment. Nasze rozmowy ograniczały się do niewyraźnych szeptów porozumiewawczych, nie mogliśmy zwrócić na siebie uwagi za żadne skarby. Kiedy wszyscy byli skupieni i na klęczkach, tak ja przyglądałem się tylko beznamiętnie świecącym gwiazdom na niebie, które lśniły o wiele mocnej niż teraz, choć w tym samym miejscu… Nagle rozległ się dźwięk otwieranego okna, a razem z nim śmiech dziecka. Narobiło mi strachu, ale na szczęście udało mi się uniknąć światła, które wypłynęło z pomieszczenia. Wysoki, melodyjny głos kazał dzieciakowi zamknąć to okno i odejść od niego. Równie dźwięcznie, ale z nutą dziecinności, dziecko odpowiedziało grzecznie i zasłoniło firany. Zostawiło otwarte okno. To była właśnie ta dogodna chwila. Rozległ się wśród nas, kambionów, szmer ekscytacji, ale szefuńcio szybko nas ochłodził. Wystarczył jeden gest, a wszyscy, jak cienie przebiegliśmy po świeżo skoszonej trawie i dzięki naszym mocom, wskoczyliśmy na pierwsze piętro przez otwarte okno do willi.
  Nie było tam nikogo. Pusty i zamknięty pokój. Dokładniej nawet, sypialnia urządzona po królewsku. Pamiętam, moją uwagę przykuł obraz nad łóżkiem, pejzaż przedstawiający łąkę podczas zachodu słońca. Chmury na niebie przybierały tam dziwaczne kształty. Meble były wykonane z ciemnego drewna. Nie dano mi dokładniej przyjrzeć się pokojowi, jeden z moich braci szturchnął mnie tylko i gestem głowy nakazał ruszyć przed siebie. „Gotowy?” Zapytał się mnie, chociaż doskonale znał odpowiedź. Jedyne co mi wtedy siedziało w głowie, to rozlew krwi.
  Wybiegliśmy nagle z pokoju i zaatakowaliśmy znienacka. Nikt się nas tu nie spodziewał. Pierwsze kilka ofiar, to były damy ubrane w przepiękne satynowe suknie. Jedna była biała jak śnieg, a druga szmaragdowa. Obie momentalnie zmieniły kolor na szkarłatny, a ich partnerzy nie do końca rozumiejąc, co się stało też dostali kosę pod żebro i padli tuż przy nich. Myśleliśmy, że to wystarczy. Krzyków zrobiło się co niemiara, męskie ryki moich ludzi mieszały się z sykami twoich wampirzych pobratymców. Szczerzyli na nas kły, jak dzikie bestie, ich oczy były całe czarne i pełne furii. Dziwactwa, jakie się tam wyprawiały, aż trudno opisać! Doskonale jednak pamiętam tą przepiękną scenę, kiedy zgasło światło. Powietrze przesiąknięte zapachem posoki zrobiło się nagle gęste. Co się okazało, lider postanowił pokazać swoje prawdziwe ja i zaprezentować tym sukinsynom prawdziwy teatrzyk cieni. Nie kontrolował siebie. Rozrywał wszystkich na kawałki. Kiedy mu kto wpadł w ręce, zazwyczaj kończył z kończynami rozgniecionymi i porozrzucanymi na cztery strony świata, mózgiem na ścianie i wyprutymi flakami. Ten zapach… Mmm… Nie ma to jak zapach masowego mordu po północy!
  Oczywiście nie stałem tam bezczynnie i sam pobawiłem się trochę w zabijakę. Trudno mi było was tam wszystkich poopróżniać, bo wszyscyście rudzielce byli. Jedyne po czym udało mi się jedną z ofiar rozpoznać, to głos. Brzmiała zupełnie, jak ta kobieta, która wołała dzieciaka. Jej ostatnimi słowami było… Hmm… Ah, tak, racja! Jej ostatnimi słowami było: „Nigdy nie dostaniecie jej w swoje paskudne, demoniczne łapska!” i rzuciła się na mnie z kłami. Nie wyszło jej to na dobre, bo z ogromną łatwością przeciąłem jej ciało na pół cienistym szponem. Ot tak, jakby nie stanowiła żadnego oporu. Patrzałem w jej szmaragdowe oczy do samego końca. Ten ból, który je przepełniał…! Gdyby nie to, że zostałem zaatakowany przez jakiegoś innego rudzielca, to przyglądałbym się jej agonii, póki nie usłyszałbym jej ostatniego uderzenia serca i nie zobaczyłbym, że przestała oddychać.
  Widokowi ogólnej rzezi przyglądałem się z uśmiechem na ustach. Widok tych wszystkich szczątków, martwych ciał… Przepiękna robota! Jednak kiedy myśleliśmy, że to już koniec, stało się coś, czego w ogóle się nie spodziewaliśmy. Pojawił się jeden mężczyzna, wąsaty, o kruczoczarnych włosach ulizanych do tyłu i w garniturze. Był nieziemsko szybki! Jedyne co można było uchwycić wzrokiem, to żółte smugi, jakie pozostawiały po sobie jego oczy. Byliśmy sparaliżowani, nikt nie mógł się poruszyć, taki zgotował nam szok. Straciłem wtedy poczucie czasu. Każdy jeden krzyk moich braci przewiercał mój umysł i pozostawiał po sobie niewymazywane ślady. Dotychczas pamiętam każdy jeden jęk… Może i poruszał się z prędkością dźwięku, ale cała ta akcja trwała dla mnie wieki. Przerażenie ściskało mój żołądek, jakby chciało się go całkowicie wyzbyć z mojego organizmu. „Rusz się idioto, rusz się, bo zginiesz!” myślałem sobie i skierowałem całą swoją siłę w nogi, które momentalnie poczuły przypływ energii i praktycznie same zaczęły biec. Gdzie? Przed siebie, gdziekolwiek, byleby jak najdalej od tej maszyny do zabijania.
  I uciekłem. Straciłem wszystkich moich braci. Pozostałem całkiem sam. Nie wiedziałem, co ze sobą zrobić… Znalazłem to miejsce i postanowiłem tu zostać. Rozpocząć nowe życie, o ile to, co teraz widzisz można nazwać życiem. Nie, o nie, ja tego dnia nigdy nie zapomnę. Choćbym nie wiadomo jak się starał, nie wymażę tego z mojej pamięci. Te sceny wyryły się w moich wspomnieniach. Przez długi czas rany przez nie wyrządzone krwawiły i nie chciały się zasklepić. Dopiero kiedy spotkałem tych ludzi – przebiegł wzrokiem po kolei po każdym z kambionów – udało mi się zamienić krwawiące rany w niewiele już znaczące blizny. Ty – wymierzył do Leony palcami i wykonał gest, jakby chciał ją zastrzelić. – Ty te blizny na nowo rozorałaś swoimi wampirzymi pazurami.