Ogromny
gmach willi, otaczany żelaznym płotem i idealnie przystrzyżonym,
zielonym żywopłotem, robił na Matthew wrażenie.
-
Nie wiem jak to możliwe, że taka młoda kobieta jak ty mogła sobie
pozwolić na taką chatę, ale definitywnie… szacun dla ciebie –
stwierdził, przechodząc wzdłuż płotu pod rękę z Leoną.
Rudowłosa
zachichotała tylko przez zaciśnięte zęby. ‘Młoda’ - jak to
słowo pięknie brzmi!
-
W tym domu mój ród mieszkał od pokoleń, nie zmieniałam w nim
zbyt wielu rzeczy. Kilka remontów tu i ówdzie, trochę
przestawiania i w ogóle kupowania nowych mebli. No, i oczywiście
pozbycie się starych, oddając je do muzeów.
Zatrzymali
się przed bramą. Oboje spojrzeli się przez bramę na piękną
drobną fontannę, stojącą na małym podeście. Była wykonana z
jasnego alabastru i przedstawiała nagą kobietę z wyciągniętą na
bok ręką i skierowaną ku niej głowie. Na palcu dłoni
wyciągniętej ręki siedział drobniutki ptaszek. Pod pachą luźno
ułożonej wzdłuż ciała drugiej kończyny górnej, znajdował się
przechylony w dół dzban, z którego sączyła się spokojnie woda i
oblewała kobietę od pasa w dół. Na krawędziach ośmiokątnej
podstawy widniały drobne rybki, a z ich pyszczków wytryskiwały
strumyczki wody.
-
Robi wrażenie – westchnął czarnowłosy.
-
Prawda?
Głosy
obu robiły się coraz cichsze i wypełniały się smutkiem.
-
Swoją drogą… - puścił jej rękę i zerknął jej w oczy. –
Mógłbym prosić o numer telefonu?
-
A… ależ oczywiście! – wyjąkała. – Tyle, że nie mam go
gdzie… Viktorze!
Staruszek
zmaterializował się za plecami Matta, a ten jak porażony piorunem
obrócił się w jego stronę. Jak on się tutaj znalazł? W ogóle
kroków nie było słychać! Kolejny nieludź?
-
Tak, pani?
-
Przynieś mi coś do pisania i coś, na czym będę mogła pisać.
Rozpłynął
się, pozostawiając po sobie iluzyjny, czarny pył, a towarzysz
Leony wytrzeszczył tylko oczy i wskazał kciukiem na miejsce, gdzie
przed chwilą widział starszego mężczyznę. Wyraz jego twarzy
zadawał nieme pytanie.
-
Kim on jest? To mój wierny lokaj, Viktor. – wyciągnęła tylko
dłoń na bok, a na niej zjawiła się kartka wraz z wiecznym piórem.
– Coś taki zdziwiony?
Matthew
potrząsnął tylko głową i pozbył się głupkowatej miny.
-
No tak… Jestem już tak przyzwyczajona do jego umiejętności, że
wciąż zapominam, o tym, że ludzie źle na nie reagują. Ale…
Viktorze?
-
Tak, pani?
-
Przecież ty przy ludziach nie korzystasz ze swoich mocy… -
napisała swój numer, podpisała się imieniem i nazwiskiem i
złożyła karteczkę na pół.
-
Dobrze pani to ujęła – przy ludziach.
Matthew
obrzucił lokaja gniewnym wzrokiem, a ten się tylko tajemniczo
uśmiechnął. Leona tego nie zauważyła, stał za nią.
-
Coś nie tak, Mattie? – spytała się troskliwie z niewinną miną.
– Wyglądasz na złego, coś się stało?
Podała
mu kawałek papieru.
-
Nie, wszystko jest ok – odburknął.
Widzę
przecież, że nie. Vik musiał coś powiedzieć. Coś co jemu się
definitywnie nie spodobało.
-
Matt…
Mężczyzna
podniósł wzrok z chodnika. Leona ucałowała go w szorstki od
zarostu policzek.
-
Dziękuję za dobrze spędzone popołudnie.
-
Nie ma za co, aniele – uśmiechnął się szarmancko.
Odwzajemniła
uśmiech. Słodziak z niego, pomyślała sobie, wie jak wywołać u
mnie rumieńce. Co prawda daleko mi do bycia Aniołem, ale wcale
ładnie to brzmi, kiedy ktoś, kto ci się podoba, mówi w ten sposób
do ciebie. I ten głos… Boże, jeśli istniejesz – spraw, żeby
ten mężczyzna pozostał ze mną na wieki!
Pożegnawszy
się, Matthew obrócił się na pięcie, kierując się z powrotem w
stronę zatłoczonych ulic miasta. Zastanawiał się, czy Leona
zrozumiała, co Viktor o nim powiedział. Mam szczerą nadzieję, że
nie… W ogóle skąd ten stary piernik wiedział, że nie jestem
człowiekiem? Jeszcze się nigdy z kimś takim nie spotkałem, żeby
mi wytykał bycie nieludziem!
Zacisnąwszy
pięść, poczuł, że coś zgniata. Wyciągnął dłoń przed
siebie, leżała na niej karteczka. Rozłożył ją. Napis wyglądał
przepięknie, kaligrafia opanowana do perfekcji, ale to, co było tam
napisane, sprawiło, że humor Matta się zmienił diametralnie.
Leona
Murillo
Nie
może być…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz