Była
już późna noc, a klub pełen młodzieży i dorosłych. Muzyka nie
była w guście Matta, ale on przyszedł tu po coś całkowicie
innego.
-
Polej pan kolejnego… - wycharczał, wpatrując się tępym wzrokiem
w pusty już kieliszek.
Pour
me, pour me, pour me another.
It
holds me, holds me like no other…
Zaczął
nucić pod nosem, a oczy zaszły mu łzami.
One
more drink then I swear, that I’m going home,
Trurth
is, I don’t really have a place to go.
So
pour me, pour me, pour me another…
Barman
wypełnił jego kieliszek po brzegi wódką, a leżący wręcz na
blacie Matt, rozpaczał. Gorzej nie mogło być, co? Dylan, śmieciu,
to wszystko twoja wina! Gdyby nie ty i twój wścibski nochal plus
twoja cholerna moc…! Nienawidzę cię!
Zazgrzytał
zębami, podniósł głowę znad ramienia i duszkiem wypił
procentową zawartość.
-
Co powiecie teraz na coś spokojnego? – zapytał się DJ swojej
tańczącej i rozszalałej publiczności. Szum, który się rozległ
po klubie, jednoznacznie mówił, że się zgadzają. – Mamy
dzisiaj gości specjalnych. Przywitajcie…
-
Jak tam ludziska, dobrze się bawicie? – wtrącił się ktoś. Ten
głos…
Matthew
nie mógł uwierzyć własnym uszom.
-
Będzie spokojnie, ale, cóż, trochę przygnębiająco. Wielu z nas
zna ten stan, kiedy nie ma się już sił do życia, chwyta po prostu
za butelkę i pije, póki nie znajdzie się ona pusta i rozbita na
podłodze… - to specyficzne brzmienie działało na czarnowłosego
paraliżująco.
Nagle
w jego uszach rozległ się dźwięk gitary. Rytm ten sam, co przed
chwilą w jego głowie. Wokal idealnie taki sam, jaki rozbrzmiewał w
jego myślach. Co oni tu robią?!
Wstał
z miejsca, zostawiając na blacie pieniądze i lekko chwiejnym
krokiem wyszedł z lokalu. Naprawdę mieli też kiedy wybrać się na
miasto… Wszyscy wydawali się być zadowoleni. A Daniel i Dylan…
Zacisnął
pięści i opuścił wzrok na chodnik.
-
Drań… - wyszeptał sam do siebie.
Ulica
mimo tak późnej pory, była jasna niczym w dzień, tylko po czarnym
jak smoła niebie i ruchliwości ulicy dało się stwierdzić, jaka
to część dnia.
-
Mattie? – kobiecy głos niczym dźwięk dzwoneczka rozległ się po
jego głowie. – O matko z córką! Matthew, co się stało?
Spojrzał
na stojącą przed nim niedawno poznaną, rudowłosą kobietę.
-
A so ty tu robisz o takiej porze, aniołku? – jego mowa była
składna, ale słychać było, że wypił ogromne ilości alkoholu.
-
Miałam zamiar wyjść z domu i się trochę zrelaksować, bo
słyszałam, że w jakimś klubie grają Hollywood Undead… -
podeszła do niego bliżej. – Myślałam, że zastanę cię
grającego jak zawsze z pasją na perkusji, ale…
-
Grajo o tam – wskazał palcem na oddalone o kilka kroków od nich
drzwi, udając niewzruszonego słowami Leony. – Jeśli tak badzo
chsesz ich posłuchaś, to roga wolna…
Już
chciał się oddalić, kiedy poczuł dotyk na swoich ramionach.
-
Przyszłam tu dla ciebie – powiedziała szczerze, kładąc dłonie
na jego barkach.
Ciepło
bijące od jej rąk paliło jego wiecznie chłodne ciało. Nie będąc
do końca świadomym tego, co robi, objął ognistowłosą.
Zaskoczyło ją to niezmiernie, ale mimo tego, dała radę
odwzajemnić przyjacielski gest.
-
Dzięki… - powiedział szeptem gdzieś za jej plecami. – Ty
naprawdę jesteś Aniołem, nie człowiekiem.
Ani
tym, ani tym… Niestety…
-
Nie ma za co… Mattie – powstrzymała się od wypowiedzenia
głupstwa i wtuliła się w niego troszeczkę mocniej. Nie jest do
końca trzeźwy, więc co mi szkodzi?
Pożądany
przez nią zapach męskiego perfum został skutecznie przyćmiony
specyficzną i niemiłą wonią alkoholu. Musiało się stać coś
naprawdę poważnego, pomyślała sobie. Ale co? Przecież go o to
nie zapytam tak wprost…
-
Dorze moa ślisznotko – wyrzucił z siebie z wielkim trudem,
wypuszczając Leonę z objęć. – Wydae mi się, że to miejse nie
jes odpowiednie do… szegokolwiech…
-
Cii – przyłożyła mu palec wskazujący do ust, patrząc głęboko
w oczy. – Nie wiem gdzie mieszkasz, a twój aktualny stan nie
pozwala mi na zaufanie ci w takim stopniu, żebyś mnie do siebie
zaprowadził… Nie żebym się wpraszała czy coś! – Była lekko
zdenerwowana. - Po prostu nie zostawię cię, ot tak. Więc jeśli
nie masz nic przeciwko, to… - opuściła wzrok.
-
Hmm?
-
…zabiorę cię do siebie.
-
Schoro naegasz… - wzruszył ramionami jakby nie był w ogóle
świadomy tego, co mówi.
Kobiecie
serce załopotało trochę mocniej, a na twarz wstąpiły rumieńce.
Co ja robię!? Naprawdę nie powinnam, powstrzymała się od
ugryzienia w pięść. Teraz to już za późno, jak już
zaproponowałam, to przecież nie powiem ‘Hej, albo nie, wracaj
sobie sam do domu’! Aś się wpakowała babo…
-
No to chodźmy – objęła go ramieniem, żeby mieć nad nim choć
lekką kontrolę. Trudno było przewidzieć, czy się za te kilka
kroków nie powali twarzą prosto na chodnik. Mogła mieć tylko
szczerą nadzieję, że tak się nie stanie.
Szli
bardzo powoli, wręcz spacerkiem. Może szybciej wytrzeźwieje,
myślała sobie, dreptając po betonowych płytach. Do jej willi było
jeszcze bardzo daleko.
Nagle
Leona poczuła czyjąś obecność. Chciała obejrzeć się za
siebie, ale nie zdążyła, coś nią szarpnęło z ogromną mocą.
Straciła równowagę i wylądowała na czyjejś klatce piersiowej.
Nie minęła sekunda, a wokół jej karku owinęła się czyjaś
ręka. Szok sparaliżował ją na dobrą chwilę. Matta podtrzymał
ktoś inny. Nie był z tego powodu zadowolony.
-
Weź mie zostaw! – wyrywał się z objęć nieco bardziej masywnego
mężczyzny od niego.
-
Co ty Matt w ogóle odpierdalasz? – zaczął szczerze do bólu,
ten, który trzymał Leonę. Znała ten głos. I to bardzo dobrze. –
Życie ci niemiłe czy jak? Przecież mówiliśmy ci, że dzisiaj
występujemy! Co cię ugryzło? Od jakiegoś czasu patrzysz na nas
jakbyś chciał nas po kolei wyrznąć w pień!
-
A odwal się ode mnie… - przestał się szarpać, bo zrozumiał, że
nie miało to żadnego sensu. Jego głos jakoś dziwnie powrócił do
normy. – Nie będę się przed tobą spowiadał.
-
A właśnie, że tak. Kim ona jest? – ścisnął mocniej gardło
rudowłosej, a ta nabrała powietrza jakby to miał być jej ostatni
w życiu wdech. - I po kiego udajesz, że alko na ciebie działa?
-
Puszczaj ją…
-
Bo co?
Kurde,
jeszcze trochę i się uduszę! Powietrza!
W
tym momencie obudziły się w Leonie instynkty. Nie dbała już o
nic, jak o życie. Wyszczerzyła zęby i wbiła się kłami w
przedramię napastnika. Zasyczał jak żmija, puszczając ją z
objęć.
-
Ty mała k… - nie dokończył. Zwrócił uwagę na ślady
ugryzienia na ręce. Podniósł wzrok na kobietę najszybciej jak się
da. To nie była ta sama kobieta, którą widzieli przed chwilą.
Na
głowie miała rudy nieład. Oczy miała otwarte szeroko, a jej
źrenice rozszerzyły się i zasłoniły całą tęczówkę. Na
dodatek stała w pozie, jakby miała się zaraz z kłami z powrotem
rzucić na mężczyznę. Dyszała głośno i nierówno.
-
Leo… - Matt próbował ją uspokoić, wykonując pojednawczy gest,
poprzez uniesienie lekko rąk od góry.
Ten
facet jest naprawdę niebezpieczny! Viktor mnie ostrzegał, a ja
głupia go…
Raptownie
jej wzrok wrócił do normy.
-
Co ja robię? – spanikowała. – Ah, ja przepraszam! Działałam
instynktownie! – zrobiła głęboki skłon w stronę brązowookiego
mężczyzny, a ten obdarzył ją tylko zmieszanym wzrokiem. Był na
nią wyraźnie zły, ale i zdziwiony jej zachowaniem. – Ja nie
chciałam…!
-
Jesteś wampirzycą – słowo ‘wampir’ w jego ustach brzmiało
jak obelga. – Po urządzeniu takiej jatki twojej rodzince, miałaś
czelność jeszcze przeżyć? Tfu!
Splunął
tuż przy jej nachylonej głowie. Brakowało centymetra, a jego ślina
wylądowałaby w jej włosach.
Rudowłosa
spochmurniała. Do oczu napływały jej łzy, ale żeby się do tego
nie przyznać, nadal stała w ukłonie. Dopiero jak zaczęła opadać
z sił, to podparła się dłońmi o uda, ale to też niewiele
dawało. Była roztrzęsiona. Matt to zauważył.
-
Leona, aniołku…
Zrobił
kilka kroków w jej stronę i usłyszał jak łka. Ledwo jej dotknął
opuszkami palców, a ta osunęła się na ziemię. Wyglądało to,
niby porcelanowa lalka krusząca się pod niewielkim naciskiem.
Nagłość tego zdarzenia wstrząsnęła czarnowłosym, a dźwięk
jej płaczu przeraził. Szlochała na środku ulicy w środku nocy.
-
Widzisz – spojrzał pogardliwie na klęczącego przy kobiecie
członka zespołu – tylko z tym problemy…
Takiej
złości w oczach Matta jeszcze nikt nigdy nie widział. Jorel na
twarzy zachował stoicki spokój, ale od środka wypalała go trwoga.
-
Czy ty… - zaczął, ale szybko zrezygnował z pytania, odpowiedział
sobie na nie sam. – Hmpf! Nie, ty nie masz serca… - zwrócił
twarz ku swojej płaczącej kompance. – Leo…
Położył
jej na barku dłoń, a ona rzuciła się Matthew w objęcia. Cała
się trzęsła, jej starania, żeby się uspokoić były cały czas
udaremnianie przez powracające wspomnienia.
Jorel
i George przyglądali się tej wzruszającej scenie, tyle że nie
wydawało się to działać na nich tak, jak na normalnych ludzi. W
sumie, to takowymi nie byli.
-
Trochę chyba przesadziłeś z tą rzezią… - wymamrotał Johny 3
Tears, podchodząc do rozdrażnionego Włocha.
-
Ojejku, żal ci się zrobiło tej… kreatury? – zapytał
ironicznie. Inne cisnące mu się na usta określenia zachował dla
siebie. Zerknął w stronę pary, a Matt cały czas zabijał kolegę
wzrokiem. Jorel wzdrygnął się.
-
Co jak co, ale ona ma w sobie więcej z człowieka, jak my –
skonstatował George.
J-Dog
nie dowierzał usłyszanym przed chwilą słowom, a było to widać
po jego minie. Na jego twarzy malowało się zdziwienie i
obrzydzenie. Po chwili namysłu zacharczał tylko, nie chciał
pogodzić się z myślą, że jego przyjaciel ma rację.
Matt
i Leona szeptali cały czas coś do siebie. Ognistowłosa dzięki
temu powoli dochodziła do siebie. Obecność kogoś znaczącego i
kogoś, przy kim czuła się bezpiecznie, przyspieszał proces
uspokajania.
-
Co my teraz z nimi zrobimy? – przerwał irytującą go ciszę
Jorel. To, o czym rozmawiali Matthew i jego towarzyszka, słyszeli
tylko oni. – Przecież nie oderwiemy ich teraz od siebie, a w
klubie czekają na nas Daniel i Dylan…
Na
dźwięk tych imion, Matt wzdrygnął się, ale mimo wszystko
pozostał przy rozmowie z Leoną.
-
Aaagh! – brązowooki sapnął sfrustrowany i zaczął chodzić w tę
i nazad.
-
Daj se siana J – powiedział George, chwytając zdenerwowanego
J-Doga za ramiona, tym samym zatrzymując go.
-
Co ‘daj se siana’? Jakie ‘daj se siana’!? Jak ja mam ‘se’
dać siana skoro mamy tu kambiona, który zabujał się w
wampirzycy!? - powstrzymał się od splunięcia.
-
J…
-
Na dodatek kilkadziesiąt metrów dalej dzieje się impreza, gdzie na
nas czekają…!
-
J…!
-
Nosz kurwa mać, czy to nap…! – urwał nagle wpół słowa. Nie
była to jego wina. Stało się po prostu coś, czego się całkowicie
nie spodziewał.
George
nie mogąc uspokoić Jorela, pocałował go jakby nigdy nic. Włoch
przez strasznie dłużącą mu się sekundę, nie bardzo rozumiejąc
zaszłą sytuację, pozostał z otwartymi oczami, ale natychmiastowo
je zamknął, przewracając nimi mimowolnie. Jego napięte mięśnie
rozluźniły się, a wszystkie złe myśli opuściły jego umysł.
-
Już spokojnie Jorel… - powiedział Johnny tuż po zakończeniu ich
namiętnego pocałunku.
-
Już spokojnie… - wymamrotał, nie mając odwagi spojrzeć Georgowi
w oczy. Stary drań wie jak to na mnie działa, pomyślał, a ja cały
czas mu ulegam…
-
Teraz na
spokojnie
– podkreślił
te dwa słowa – pomyślmy, co zrobić.
Podczas
tego naradzania się, Leona odzyskiwała siły. Nie widziała całego
tego zajścia. Matthew za to tak i niezbyt mu się to podobało.
Wiedział, tak jak i cały zespół, o tym, co łączy Georga i
Jorela. Cały czas rozdrapywali stare rany.
-
M… myślę, że mogę już w… wstać – stwierdziła szeptem,
nadal dławiąc łzy.
-
Ale na pewno, aniołeczku? – troska w jego głosie sprawiała, że
właśnie te całe siły do wstania traciła.
-
Mhm…
Matt
objął Leonę ramieniem i pomógł jej wstać. Jej nogi były jak z
waty, on to odczuwał i dlatego jej nie chciał puścić, mimo że
nalegała.
-
Eh… - westchnął głośniej Jorel, kiwając pojednawczo głową do
kochanka. – Niech będzie. Słuchajcie, czy chcecie tego czy nie,
wszyscy razem wracamy teraz do klubu. Kiedy zakończymy już swój
performance, pogadamy wszyscy
o
zaszłej sytuacji i zadecydujemy, co zrobić z tą wampirzycą.
-
Jestem Leona – odezwała się niepytana. – I skoro mówisz już
to do wszystkich, to mnie nie pomijaj.
Trzeba
ci ten charakterek stępić, powiedział w duszy, udając, że się
zgadza na takie warunki. Ze mną nie ma tak łatwo.
No…
jest jeden wyjątek…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz