Hollywood Undead

czwartek, 15 maja 2014

Rozdział 14

     Była już późna noc, a klub pełen młodzieży i dorosłych. Muzyka nie była w guście Matta, ale on przyszedł tu po coś całkowicie innego.
- Polej pan kolejnego… - wycharczał, wpatrując się tępym wzrokiem w pusty już kieliszek.
Pour me, pour me, pour me another.
It holds me, holds me like no other…
  Zaczął nucić pod nosem, a oczy zaszły mu łzami.
One more drink then I swear, that I’m going home,
Trurth is, I don’t really have a place to go.
So pour me, pour me, pour me another…
  Barman wypełnił jego kieliszek po brzegi wódką, a leżący wręcz na blacie Matt, rozpaczał. Gorzej nie mogło być, co? Dylan, śmieciu, to wszystko twoja wina! Gdyby nie ty i twój wścibski nochal plus twoja cholerna moc…! Nienawidzę cię!
  Zazgrzytał zębami, podniósł głowę znad ramienia i duszkiem wypił procentową zawartość.
- Co powiecie teraz na coś spokojnego? – zapytał się DJ swojej tańczącej i rozszalałej publiczności. Szum, który się rozległ po klubie, jednoznacznie mówił, że się zgadzają. – Mamy dzisiaj gości specjalnych. Przywitajcie…
- Jak tam ludziska, dobrze się bawicie? – wtrącił się ktoś. Ten głos…
  Matthew nie mógł uwierzyć własnym uszom.
- Będzie spokojnie, ale, cóż, trochę przygnębiająco. Wielu z nas zna ten stan, kiedy nie ma się już sił do życia, chwyta po prostu za butelkę i pije, póki nie znajdzie się ona pusta i rozbita na podłodze… - to specyficzne brzmienie działało na czarnowłosego paraliżująco.
  Nagle w jego uszach rozległ się dźwięk gitary. Rytm ten sam, co przed chwilą w jego głowie. Wokal idealnie taki sam, jaki rozbrzmiewał w jego myślach. Co oni tu robią?!
  Wstał z miejsca, zostawiając na blacie pieniądze i lekko chwiejnym krokiem wyszedł z lokalu. Naprawdę mieli też kiedy wybrać się na miasto… Wszyscy wydawali się być zadowoleni. A Daniel i Dylan…
  Zacisnął pięści i opuścił wzrok na chodnik.
- Drań… - wyszeptał sam do siebie.
  Ulica mimo tak późnej pory, była jasna niczym w dzień, tylko po czarnym jak smoła niebie i ruchliwości ulicy dało się stwierdzić, jaka to część dnia.
- Mattie? – kobiecy głos niczym dźwięk dzwoneczka rozległ się po jego głowie. – O matko z córką! Matthew, co się stało?
  Spojrzał na stojącą przed nim niedawno poznaną, rudowłosą kobietę.
- A so ty tu robisz o takiej porze, aniołku? – jego mowa była składna, ale słychać było, że wypił ogromne ilości alkoholu.
- Miałam zamiar wyjść z domu i się trochę zrelaksować, bo słyszałam, że w jakimś klubie grają Hollywood Undead… - podeszła do niego bliżej. – Myślałam, że zastanę cię grającego jak zawsze z pasją na perkusji, ale…
- Grajo o tam – wskazał palcem na oddalone o kilka kroków od nich drzwi, udając niewzruszonego słowami Leony. – Jeśli tak badzo chsesz ich posłuchaś, to roga wolna…
  Już chciał się oddalić, kiedy poczuł dotyk na swoich ramionach.
- Przyszłam tu dla ciebie – powiedziała szczerze, kładąc dłonie na jego barkach.
  Ciepło bijące od jej rąk paliło jego wiecznie chłodne ciało. Nie będąc do końca świadomym tego, co robi, objął ognistowłosą. Zaskoczyło ją to niezmiernie, ale mimo tego, dała radę odwzajemnić przyjacielski gest.
- Dzięki… - powiedział szeptem gdzieś za jej plecami. – Ty naprawdę jesteś Aniołem, nie człowiekiem.
  Ani tym, ani tym… Niestety…
- Nie ma za co… Mattie – powstrzymała się od wypowiedzenia głupstwa i wtuliła się w niego troszeczkę mocniej. Nie jest do końca trzeźwy, więc co mi szkodzi?
  Pożądany przez nią zapach męskiego perfum został skutecznie przyćmiony specyficzną i niemiłą wonią alkoholu. Musiało się stać coś naprawdę poważnego, pomyślała sobie. Ale co? Przecież go o to nie zapytam tak wprost…
- Dorze moa ślisznotko – wyrzucił z siebie z wielkim trudem, wypuszczając Leonę z objęć. – Wydae mi się, że to miejse nie jes odpowiednie do… szegokolwiech…
- Cii – przyłożyła mu palec wskazujący do ust, patrząc głęboko w oczy. – Nie wiem gdzie mieszkasz, a twój aktualny stan nie pozwala mi na zaufanie ci w takim stopniu, żebyś mnie do siebie zaprowadził… Nie żebym się wpraszała czy coś! – Była lekko zdenerwowana. - Po prostu nie zostawię cię, ot tak. Więc jeśli nie masz nic przeciwko, to… - opuściła wzrok.
- Hmm?
- …zabiorę cię do siebie.
- Schoro naegasz… - wzruszył ramionami jakby nie był w ogóle świadomy tego, co mówi.
  Kobiecie serce załopotało trochę mocniej, a na twarz wstąpiły rumieńce. Co ja robię!? Naprawdę nie powinnam, powstrzymała się od ugryzienia w pięść. Teraz to już za późno, jak już zaproponowałam, to przecież nie powiem ‘Hej, albo nie, wracaj sobie sam do domu’! Aś się wpakowała babo…
- No to chodźmy – objęła go ramieniem, żeby mieć nad nim choć lekką kontrolę. Trudno było przewidzieć, czy się za te kilka kroków nie powali twarzą prosto na chodnik. Mogła mieć tylko szczerą nadzieję, że tak się nie stanie.
  Szli bardzo powoli, wręcz spacerkiem. Może szybciej wytrzeźwieje, myślała sobie, dreptając po betonowych płytach. Do jej willi było jeszcze bardzo daleko.
  Nagle Leona poczuła czyjąś obecność. Chciała obejrzeć się za siebie, ale nie zdążyła, coś nią szarpnęło z ogromną mocą. Straciła równowagę i wylądowała na czyjejś klatce piersiowej. Nie minęła sekunda, a wokół jej karku owinęła się czyjaś ręka. Szok sparaliżował ją na dobrą chwilę. Matta podtrzymał ktoś inny. Nie był z tego powodu zadowolony.
- Weź mie zostaw! – wyrywał się z objęć nieco bardziej masywnego mężczyzny od niego.
- Co ty Matt w ogóle odpierdalasz? – zaczął szczerze do bólu, ten, który trzymał Leonę. Znała ten głos. I to bardzo dobrze. – Życie ci niemiłe czy jak? Przecież mówiliśmy ci, że dzisiaj występujemy! Co cię ugryzło? Od jakiegoś czasu patrzysz na nas jakbyś chciał nas po kolei wyrznąć w pień!
- A odwal się ode mnie… - przestał się szarpać, bo zrozumiał, że nie miało to żadnego sensu. Jego głos jakoś dziwnie powrócił do normy. – Nie będę się przed tobą spowiadał.
- A właśnie, że tak. Kim ona jest? – ścisnął mocniej gardło rudowłosej, a ta nabrała powietrza jakby to miał być jej ostatni w życiu wdech. - I po kiego udajesz, że alko na ciebie działa?
- Puszczaj ją…
- Bo co?
  Kurde, jeszcze trochę i się uduszę! Powietrza!
  W tym momencie obudziły się w Leonie instynkty. Nie dbała już o nic, jak o życie. Wyszczerzyła zęby i wbiła się kłami w przedramię napastnika. Zasyczał jak żmija, puszczając ją z objęć.
- Ty mała k… - nie dokończył. Zwrócił uwagę na ślady ugryzienia na ręce. Podniósł wzrok na kobietę najszybciej jak się da. To nie była ta sama kobieta, którą widzieli przed chwilą.
  Na głowie miała rudy nieład. Oczy miała otwarte szeroko, a jej źrenice rozszerzyły się i zasłoniły całą tęczówkę. Na dodatek stała w pozie, jakby miała się zaraz z kłami z powrotem rzucić na mężczyznę. Dyszała głośno i nierówno.
- Leo… - Matt próbował ją uspokoić, wykonując pojednawczy gest, poprzez uniesienie lekko rąk od góry.
  Ten facet jest naprawdę niebezpieczny! Viktor mnie ostrzegał, a ja głupia go…
  Raptownie jej wzrok wrócił do normy.
- Co ja robię? – spanikowała. – Ah, ja przepraszam! Działałam instynktownie! – zrobiła głęboki skłon w stronę brązowookiego mężczyzny, a ten obdarzył ją tylko zmieszanym wzrokiem. Był na nią wyraźnie zły, ale i zdziwiony jej zachowaniem. – Ja nie chciałam…!
- Jesteś wampirzycą – słowo ‘wampir’ w jego ustach brzmiało jak obelga. – Po urządzeniu takiej jatki twojej rodzince, miałaś czelność jeszcze przeżyć? Tfu!
  Splunął tuż przy jej nachylonej głowie. Brakowało centymetra, a jego ślina wylądowałaby w jej włosach.
  Rudowłosa spochmurniała. Do oczu napływały jej łzy, ale żeby się do tego nie przyznać, nadal stała w ukłonie. Dopiero jak zaczęła opadać z sił, to podparła się dłońmi o uda, ale to też niewiele dawało. Była roztrzęsiona. Matt to zauważył.
- Leona, aniołku…
  Zrobił kilka kroków w jej stronę i usłyszał jak łka. Ledwo jej dotknął opuszkami palców, a ta osunęła się na ziemię. Wyglądało to, niby porcelanowa lalka krusząca się pod niewielkim naciskiem. Nagłość tego zdarzenia wstrząsnęła czarnowłosym, a dźwięk jej płaczu przeraził. Szlochała na środku ulicy w środku nocy.
- Widzisz – spojrzał pogardliwie na klęczącego przy kobiecie członka zespołu – tylko z tym problemy…
  Takiej złości w oczach Matta jeszcze nikt nigdy nie widział. Jorel na twarzy zachował stoicki spokój, ale od środka wypalała go trwoga.
- Czy ty… - zaczął, ale szybko zrezygnował z pytania, odpowiedział sobie na nie sam. – Hmpf! Nie, ty nie masz serca… - zwrócił twarz ku swojej płaczącej kompance. – Leo…
  Położył jej na barku dłoń, a ona rzuciła się Matthew w objęcia. Cała się trzęsła, jej starania, żeby się uspokoić były cały czas udaremnianie przez powracające wspomnienia.
  Jorel i George przyglądali się tej wzruszającej scenie, tyle że nie wydawało się to działać na nich tak, jak na normalnych ludzi. W sumie, to takowymi nie byli.
- Trochę chyba przesadziłeś z tą rzezią… - wymamrotał Johny 3 Tears, podchodząc do rozdrażnionego Włocha.
- Ojejku, żal ci się zrobiło tej… kreatury? – zapytał ironicznie. Inne cisnące mu się na usta określenia zachował dla siebie. Zerknął w stronę pary, a Matt cały czas zabijał kolegę wzrokiem. Jorel wzdrygnął się.
- Co jak co, ale ona ma w sobie więcej z człowieka, jak my – skonstatował George.
  J-Dog nie dowierzał usłyszanym przed chwilą słowom, a było to widać po jego minie. Na jego twarzy malowało się zdziwienie i obrzydzenie. Po chwili namysłu zacharczał tylko, nie chciał pogodzić się z myślą, że jego przyjaciel ma rację.
  Matt i Leona szeptali cały czas coś do siebie. Ognistowłosa dzięki temu powoli dochodziła do siebie. Obecność kogoś znaczącego i kogoś, przy kim czuła się bezpiecznie, przyspieszał proces uspokajania.
- Co my teraz z nimi zrobimy? – przerwał irytującą go ciszę Jorel. To, o czym rozmawiali Matthew i jego towarzyszka, słyszeli tylko oni. – Przecież nie oderwiemy ich teraz od siebie, a w klubie czekają na nas Daniel i Dylan…
  Na dźwięk tych imion, Matt wzdrygnął się, ale mimo wszystko pozostał przy rozmowie z Leoną.
- Aaagh! – brązowooki sapnął sfrustrowany i zaczął chodzić w tę i nazad.
- Daj se siana J – powiedział George, chwytając zdenerwowanego J-Doga za ramiona, tym samym zatrzymując go.
- Co ‘daj se siana’? Jakie ‘daj se siana’!? Jak ja mam ‘se’ dać siana skoro mamy tu kambiona, który zabujał się w wampirzycy!? - powstrzymał się od splunięcia.
- J…
- Na dodatek kilkadziesiąt metrów dalej dzieje się impreza, gdzie na nas czekają…!
- J…!
- Nosz kurwa mać, czy to nap…! – urwał nagle wpół słowa. Nie była to jego wina. Stało się po prostu coś, czego się całkowicie nie spodziewał.
  George nie mogąc uspokoić Jorela, pocałował go jakby nigdy nic. Włoch przez strasznie dłużącą mu się sekundę, nie bardzo rozumiejąc zaszłą sytuację, pozostał z otwartymi oczami, ale natychmiastowo je zamknął, przewracając nimi mimowolnie. Jego napięte mięśnie rozluźniły się, a wszystkie złe myśli opuściły jego umysł.
- Już spokojnie Jorel… - powiedział Johnny tuż po zakończeniu ich namiętnego pocałunku.
- Już spokojnie… - wymamrotał, nie mając odwagi spojrzeć Georgowi w oczy. Stary drań wie jak to na mnie działa, pomyślał, a ja cały czas mu ulegam…
- Teraz na spokojniepodkreślił te dwa słowa – pomyślmy, co zrobić.
  Podczas tego naradzania się, Leona odzyskiwała siły. Nie widziała całego tego zajścia. Matthew za to tak i niezbyt mu się to podobało. Wiedział, tak jak i cały zespół, o tym, co łączy Georga i Jorela. Cały czas rozdrapywali stare rany.
- M… myślę, że mogę już w… wstać – stwierdziła szeptem, nadal dławiąc łzy.
- Ale na pewno, aniołeczku? – troska w jego głosie sprawiała, że właśnie te całe siły do wstania traciła.
- Mhm…
  Matt objął Leonę ramieniem i pomógł jej wstać. Jej nogi były jak z waty, on to odczuwał i dlatego jej nie chciał puścić, mimo że nalegała.
- Eh… - westchnął głośniej Jorel, kiwając pojednawczo głową do kochanka. – Niech będzie. Słuchajcie, czy chcecie tego czy nie, wszyscy razem wracamy teraz do klubu. Kiedy zakończymy już swój performance, pogadamy wszyscy o zaszłej sytuacji i zadecydujemy, co zrobić z tą wampirzycą.
- Jestem Leona – odezwała się niepytana. – I skoro mówisz już to do wszystkich, to mnie nie pomijaj.
  Trzeba ci ten charakterek stępić, powiedział w duszy, udając, że się zgadza na takie warunki. Ze mną nie ma tak łatwo.

  No… jest jeden wyjątek…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz