Hollywood Undead

czwartek, 15 maja 2014

Rozdział 11

     Tłum na ulicy narastał, a Leona, co raz częściej traciła chłopaków z oczu. Lawirowała wśród ludzi, unikając kontaktu z nimi kiedy tylko mogła. Ale im dalej w miasto, tym mniej było miejsca na chodniku.
  Zagapiony przechodzień niosący kilka ciężkich kartonów nagle zahaczył o rudowłosą i obaj upadli z hukiem, a wokół nich zaczęły latać papiery, które wypadły z pakunków.
- Cholera! – stęknęła. – Zgubiłam ich! No cóż… Przepraszam pana, to nie powinno się wydarzyć.
- Nie, nie – zbierał zawartość kartonów, nie racząc nawet spojrzeć na kobietę. – Jestem w pośpiechu, wszystko się wali na łeb na szyję… Nie ma pani za co przepraszać, to tylko i wyłącznie moja wina.
- Ale pan nie widział nawet drogi przez te paczki – pomogła mu wkładać papiery z powrotem do kartonów. – Powinnam patrzeć przed siebie, a tak to…
  Wstała z klęczek i poprawiła, wpadające jej w oczy, włosy.
- Dziękuję pani za pomoc, ale naprawdę się śpieszę i…
  Kiwnęła głową na znak, że rozumie, a przechodzień podziękował niemo jeszcze raz i ruszył przed siebie, ponownie wdając się w rozmowę przez telefon.
  Niech to szlag! Bo nie mogłeś pan wpaść na kogo innego, przeklinała mężczyznę w duchu, tylko akurat ja – JA – musiałam zahaczyć o te cholerne kartony! I akurat teraz, kiedy…! Ej, w ogóle… Co ja odwalam? Dlaczego ja w ogóle poszłam za nimi, na co ja w ogóle liczyłam?
  Westchnęła tylko i ruszyła przed siebie. Wsunęła słuchawki do uszu i odtworzyła losową piosenkę.

We don’t apologize
And that’s just the way it is,
But we can harmonize
Even if we sound like shit.
Don’t try to criticize
You bitches better plead the fifth,
We’ve been idolized
Role models for all the kids.

  Jej nadzwyczaj piękny głos przykuł uwagę całej ulicy, każdy przechodzień zwalniał kroku i wytrzeszczał oczy na Leonę, jakby widział przechadzającego się chodnikiem anioła. Nie raz ludzie wychodzili z przyulicznych sklepików, gdzie przez otwarte drzwi czy okna wdzierały się czyste dźwięki jej wokalu. Zdarzyło się nawet, że przejeżdżający kierowcy zwalniali tępa, żeby choć przez tą dłuższą chwilę posłuchać śpiewu rudowłosej. Tekst o dziwo nie przeszkadzał nikomu, zupełnie jakby nikt jej nie rozumiał.
  Głos Leony usłyszał i Matthew siedzący w przypadkowo wybranej kawiarence. Usłyszawszy śpiew, wytężył słuch, korzystając z jego mocy. Ja znam ten tekst, błądził oczami po blacie, mocno się zastanawiając. „Apologize”, to pewne, ale… Co to za głos?
  Zapłacił za wypitą kawę, poprawił czapkę i jak zahipnotyzowany wybiegł z lokalu.
  Naturalnie wyostrzony słuch rudowłosej wyłapał dźwięk drobnego dzwoneczka przy drzwiach kawiarni i o mały włos nie przyprawił jej o zawał.
- Jezu! – krzyknęła, przerywając wpół słowa i odskakując w stronę ulicy.
  Nagle dookoła rozległy się gromkie brawa. Matt rozejrzał się po tłumie i widział, że to zachowanie nie jest do końca naturalne. Ich oczy są puste, zauważył, wpatrują się w nią jak w obrazek. No… Ale co tu się w sumie dziwić?
- Czy to koniec świata, że anioły zstępują z niebios na Ziemię? – zagaił rozmowę.
  Stojąca tyłem do niego kobieta rozejrzała się na boki. Dopiero po chwili namysłu gwałtownym ruchem obróciła się, wlepiając wzrok w mężczyznę o kruczoczarnych włosach, w większości schowanych pod czapką.
- O jejku… - skomentowała, poprawiwszy, lekko osunięte, okulary na jej zadartym nosku. – A… Ale skądże? Ja i anioł? Daleko mi do tego stanu.
  Matthew zaśmiał się cicho, a zorientowawszy się, że kilkudziesięciu ludzi przysłuchuje się tej rozmowie, klasnął kilka razy w dłonie, marszcząc brwi i przegnał ich, przekonując, że nie ma tu nic, co mogłoby ich interesować. Jego głos przyprawiał rudowłosą o ciarki. Kochała ten stan.
- Matthew – przedstawił się kobiecie, podając jej dłoń.
- Heh, trudno byłoby mi nie wiedzieć – odwzajemniła gest. – Leona jestem.
- Miło poznać – powstrzymał się od pewnego zbędnego komentarza, który mógłby zrujnować, będącą w przyszłości między nimi, więź. – Więc, eh… Może wejdziemy jednak do środka?
  Otworzył drzwi kawiarenki. Dźwięk dzwoneczka rozległ się ponownie, drażniąc uszy kobiety. Syknęła cicho, krzywiąc się, ale natychmiastowo zmieniła wyraz twarzy na uśmiechnięty, widząc, że Matthew się jej dziwi.
- O rany – westchnęła, jak perkusista niczym gentleman, podsunął jej krzesło. – Dziękuję.
- Ależ nie ma za co, aniele – zacisnął usta w grymasie niezadowolenia i zerknął na zarumienioną Leonę. – Przepraszam, samo się tak jakoś wymsknęło…
- Ależ nie ma za co – odpowiedziała z czarującym uśmiechem, chcąc go przedrzeźnić.
  Zaśmiał się uroczo i spojrzał jej w oczy. Natychmiast spochmurniał. O jeny, przeraziła się, czy to moja wina? Czy zrobiłam coś nie tak?
- Przepraszam cię za to ‘przed chwilą’ – dokończył, rozwiewając wszelkie wątpliwości kobiety. – Dylan… - zaciął się, walcząc z okazaniem złości. Oparł łokieć na stoliku, a czoło na dłoni. – No, pokłóciliśmy się, to wyszedłem z domu, a ten idiota poszedł moim śladem.
  Zaraz idiota, może chciał coś z tobą wyjaśnić?
- Nie chciałem z nim rozmawiać, to odegrałem taką scenkę, jaką widziałaś i poszedłem w swoją stronę. Podążał za mną, widziałaś może gdzie poszedł?
- Przykro mi, Mattie… - przysłoniła usta dłonią i spojrzała na siedzącego naprzeciw niej mężczyznę, bojąc się reakcji. – N… Nie chciałam, przepraszam.
- Ale za co? – podniósł głowę i opuścił rękę. – Możesz się tak do mnie zwracać, nie ma problemu.
  W twoich ustach to pięknie brzmi, pomyślał sobie, patrząc jej głęboko w oczy. Znalazł tam tylko mieszaninę emocji. Przepełnione były przerażeniem, ekscytacją i… zachwyceniem.
- Dobrze więc, Mattie – przerażenie ustąpiło zaintrygowaniu. – Niestety nie widziałam gdzie twój przyjaciel poszedł.
  Prychnął tylko i zaśmiał się drwiąco.
- ‘Przyjaciel’ – poprawił ją, odpowiednio intonując to słowo.
  Zmieszana Leona opuściła wzrok na blat stolika. Nie chciała po raz kolejny mówić „Przepraszam”, już zbyt wiele razy padło dziś już to słowo.
- Hej… - Matthew przechylił się lekko w jej stronę i chwycił za leżącą na stole dłoń. Ona jak oparzona odsunęła odruchowo rękę i dopiero po chwili zorientowała się, co właśnie zrobiła.
  Co się ze mną dzisiaj, kurwa, dzieje? Po raz który już, myślał, będąc złym na siebie, zaliczam taką wpadkę?
- Nie no, przepraszam, nie powinienem…
- Nie, nie! – przerwała mu. – Nie zrobiłam tego specjalnie, skądże – zaśmiała się nerwowo. – Po prostu zdziwiłeś mnie i… No…Jestem trochę zakłopotana…
  Oboje błądzili wzrokiem po okolicy. Zmieszanie nie pozwalało im spojrzeć sobie w oczy. Leona wlepiła wzrok w tętniącą życiem ulicę, znajdującą się za ogromną, czyściutką szybą, obok której siedzieli, a Matthew wpatrywał się w podłogę, zastanawiając się, co ma zrobić.
- Czym mogę służyć?
  Młodziutki, wręcz dziewczęcy głosik, sprawił, że oboje podskoczyli i zaszurali krzesłami. Zwrócili wzrok ku sobie i wybuchli śmiechem. Leona zasłoniła usta zewnętrzną częścią dłoni.
- Zamawiasz coś, Leo? – olał to, jak się do niej zwrócił.
- Nie wzięłam ze sobą portfela…
- Błagam cię! – przewrócił oczami i nachylił się znów w jej stronę. – Myślisz, że nawet jakbyś go miała, to pozwoliłbym ci płacić?
- Ale… - patrząc mu prosto w oczy, czekała aż odstąpi od tej decyzji. Niedoczekanie. – Eh… No dobrze Matt. W takim razie poproszę, umm… - chwyciła za menu kawiarenki i wybrała najsmaczniej wyglądające ciasto. – Poproszę to kruche ciasto karmelowe.
- Razy dwa.
- Dziękuję za zamówienie – uśmiechnęła się ślicznie i odeszła.
  Leona wyjęła z kieszeni koszuli swojego iPoda i zaczęła w nim grzebać, robiąc różne miny. Matthew rozsiadł się na krześle i podziwiał skupioną twarzyczkę siedzącej przed nim kobiety, której totalnie nie znał, ale miał co do niej dziwne przeczucie. Majestatycznym ruchem odrzuciła włosy na plecy i od razu poprawiła okulary. Mężczyzna westchnął szczęśliwy, wytrącając swoją kompankę z galeriowego szaleństwa, w jakie wpadła, przeglądając wszystkie swoje zdjęcia. Tak po prostu.
  Do stolika podeszła znów ta sama dziewczyna w brązowym fartuszku, wpasowującym się do wystroju kawiarenki.
- Proszę bardzo – postawiła na stoliku dwa talerzyki. – Oto wasze zamówienie.
  Matthew wyjął z kieszeni portfel, a z niej studolarówkę.
- Reszty nie trzeba – oznajmił i poprawił czapkę, której spieszno było ze zsunięciem się z jego głowy.
  Blondynka dygnęła z gracją i odeszła od stolika.
- No – zaczął zaraz jak przełknął kawałek ciasta – to jak tam w ogóle u ciebie? Dobrze ci się wiedzie w życiu ostatnio?
- Trudno powiedzieć, bo ni to dobrze, ni to źle… Dziwnie. Bardzo dziwnie mi się wiedzie.
- O, a to dlaczego?
  Rozluźniona, opowiedziała Mattowi ze szczegółami wszystkie dziwne zajścia, które działy się ostatnimi czasy. Prawie wszystkie. Swój sen mijała w myślach wiele razy i kilkakrotnie nawet o nim wspomniała, ale za każdym razem zręcznie się z kłopotliwego zajścia wywinęła. Retorykę miała opanowaną do perfekcji. Była zdolna większość ludzi przekonać do wszystkiego. Większość – to trzeba podkreślić. Niektóre silne umysły potrafiły odmówić posłuszeństwa, potrafiły oprzeć się jej mocy. Niemiłe uczucie.
  Deser był przepyszny. Wychodząc z lokalu, dzwoneczek zadzwonił ponownie, a Leona syknęła z bólu.
  To tylko zwykły dzwoneczek, zastanawiał się Matthew, idąc z ognistowłosą pod rękę. Dziwne, że tak na nią działa. W sumie to ja kiedyś też miałem problemy z opanowaniem swoich zmysłów, ale… Nie! To nie może być, ona na pewno nie jest kambionem!
  Czarnowłosy przymknął oczy i na kilka sekund, dosłownie kilka, żeby Leona niczego nie zaczęła podejrzewać, wyostrzył swój słuch, aby wyłapać ten jeden najważniejszy dźwięk. Dźwięk bicia serca. Łup-łup. Jest! Łup-łup. Tyle, że… Łup-łup. Jest jakiś dziwny…
  Nieludzki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz