Tłum
na ulicy narastał, a Leona, co raz częściej traciła chłopaków z
oczu. Lawirowała wśród ludzi, unikając kontaktu z nimi kiedy
tylko mogła. Ale im dalej w miasto, tym mniej było miejsca na
chodniku.
Zagapiony
przechodzień niosący kilka ciężkich kartonów nagle zahaczył o
rudowłosą i obaj upadli z hukiem, a wokół nich zaczęły latać
papiery, które wypadły z pakunków.
-
Cholera! – stęknęła. – Zgubiłam ich! No cóż… Przepraszam
pana, to nie powinno się wydarzyć.
-
Nie, nie – zbierał zawartość kartonów, nie racząc nawet
spojrzeć na kobietę. – Jestem w pośpiechu, wszystko się wali na
łeb na szyję… Nie ma pani za co przepraszać, to tylko i
wyłącznie moja wina.
-
Ale pan nie widział nawet drogi przez te paczki – pomogła mu
wkładać papiery z powrotem do kartonów. – Powinnam patrzeć
przed siebie, a tak to…
Wstała
z klęczek i poprawiła, wpadające jej w oczy, włosy.
-
Dziękuję pani za pomoc, ale naprawdę się śpieszę i…
Kiwnęła
głową na znak, że rozumie, a przechodzień podziękował niemo
jeszcze raz i ruszył przed siebie, ponownie wdając się w rozmowę
przez telefon.
Niech
to szlag! Bo nie mogłeś pan wpaść na kogo innego, przeklinała
mężczyznę w duchu, tylko akurat ja – JA – musiałam zahaczyć
o te cholerne kartony! I akurat teraz, kiedy…! Ej, w ogóle… Co
ja odwalam? Dlaczego ja w ogóle poszłam za nimi, na co ja w ogóle
liczyłam?
Westchnęła
tylko i ruszyła przed siebie. Wsunęła słuchawki do uszu i
odtworzyła losową piosenkę.
We
don’t apologize
And
that’s just the way it is,
But
we can harmonize
Even
if we sound like shit.
Don’t
try to criticize
You
bitches better plead the fifth,
We’ve
been idolized
Role
models for all the kids.
Jej
nadzwyczaj piękny głos przykuł uwagę całej ulicy, każdy
przechodzień zwalniał kroku i wytrzeszczał oczy na Leonę, jakby
widział przechadzającego się chodnikiem anioła. Nie raz ludzie
wychodzili z przyulicznych sklepików, gdzie przez otwarte drzwi czy
okna wdzierały się czyste dźwięki jej wokalu. Zdarzyło się
nawet, że przejeżdżający kierowcy zwalniali tępa, żeby choć
przez tą dłuższą chwilę posłuchać śpiewu rudowłosej. Tekst o
dziwo nie przeszkadzał nikomu, zupełnie jakby nikt jej nie
rozumiał.
Głos
Leony usłyszał i Matthew siedzący w przypadkowo wybranej
kawiarence. Usłyszawszy śpiew, wytężył słuch, korzystając z
jego mocy. Ja znam ten tekst, błądził oczami po blacie, mocno się
zastanawiając. „Apologize”, to pewne, ale… Co to za głos?
Zapłacił
za wypitą kawę, poprawił czapkę i jak zahipnotyzowany wybiegł z
lokalu.
Naturalnie
wyostrzony słuch rudowłosej wyłapał dźwięk drobnego dzwoneczka
przy drzwiach kawiarni i o mały włos nie przyprawił jej o zawał.
-
Jezu! – krzyknęła, przerywając wpół słowa i odskakując w
stronę ulicy.
Nagle
dookoła rozległy się gromkie brawa. Matt rozejrzał się po tłumie
i widział, że to zachowanie nie jest do końca naturalne. Ich oczy
są puste, zauważył, wpatrują się w nią jak w obrazek. No… Ale
co tu się w sumie dziwić?
-
Czy to koniec świata, że anioły zstępują z niebios na Ziemię? –
zagaił rozmowę.
Stojąca
tyłem do niego kobieta rozejrzała się na boki. Dopiero po chwili
namysłu gwałtownym ruchem obróciła się, wlepiając wzrok w
mężczyznę o kruczoczarnych włosach, w większości schowanych pod
czapką.
-
O jejku… - skomentowała, poprawiwszy, lekko osunięte, okulary na
jej zadartym nosku. – A… Ale skądże? Ja i anioł? Daleko mi do
tego stanu.
Matthew
zaśmiał się cicho, a zorientowawszy się, że kilkudziesięciu
ludzi przysłuchuje się tej rozmowie, klasnął kilka razy w dłonie,
marszcząc brwi i przegnał ich, przekonując, że nie ma tu nic, co
mogłoby ich interesować. Jego głos przyprawiał rudowłosą o
ciarki. Kochała ten stan.
-
Matthew – przedstawił się kobiecie, podając jej dłoń.
-
Heh, trudno byłoby mi nie wiedzieć – odwzajemniła gest. –
Leona jestem.
-
Miło poznać – powstrzymał się od pewnego zbędnego komentarza,
który mógłby zrujnować, będącą w przyszłości między nimi,
więź. – Więc, eh… Może wejdziemy jednak do środka?
Otworzył
drzwi kawiarenki. Dźwięk dzwoneczka rozległ się ponownie,
drażniąc uszy kobiety. Syknęła cicho, krzywiąc się, ale
natychmiastowo zmieniła wyraz twarzy na uśmiechnięty, widząc, że
Matthew się jej dziwi.
-
O rany – westchnęła, jak perkusista niczym gentleman, podsunął
jej krzesło. – Dziękuję.
-
Ależ nie ma za co, aniele – zacisnął usta w grymasie
niezadowolenia i zerknął na zarumienioną Leonę. – Przepraszam,
samo się tak jakoś wymsknęło…
-
Ależ nie ma za co – odpowiedziała z czarującym uśmiechem, chcąc
go przedrzeźnić.
Zaśmiał
się uroczo i spojrzał jej w oczy. Natychmiast spochmurniał. O
jeny, przeraziła się, czy to moja wina? Czy zrobiłam coś nie tak?
-
Przepraszam cię za to ‘przed chwilą’ – dokończył,
rozwiewając wszelkie wątpliwości kobiety. – Dylan… - zaciął
się, walcząc z okazaniem złości. Oparł łokieć na stoliku, a
czoło na dłoni. – No, pokłóciliśmy się, to wyszedłem z domu,
a ten idiota poszedł moim śladem.
Zaraz
idiota, może chciał coś z tobą wyjaśnić?
-
Nie chciałem z nim rozmawiać, to odegrałem taką scenkę, jaką
widziałaś i poszedłem w swoją stronę. Podążał za mną,
widziałaś może gdzie poszedł?
-
Przykro mi, Mattie… - przysłoniła usta dłonią i spojrzała na
siedzącego naprzeciw niej mężczyznę, bojąc się reakcji. – N…
Nie chciałam, przepraszam.
-
Ale za co? – podniósł głowę i opuścił rękę. – Możesz się
tak do mnie zwracać, nie ma problemu.
W
twoich ustach to pięknie brzmi, pomyślał sobie, patrząc jej
głęboko w oczy. Znalazł tam tylko mieszaninę emocji. Przepełnione
były przerażeniem, ekscytacją i… zachwyceniem.
-
Dobrze więc, Mattie – przerażenie ustąpiło zaintrygowaniu. –
Niestety nie widziałam gdzie twój przyjaciel poszedł.
Prychnął
tylko i zaśmiał się drwiąco.
-
‘Przyjaciel’ – poprawił ją, odpowiednio intonując to słowo.
Zmieszana
Leona opuściła wzrok na blat stolika. Nie chciała po raz kolejny
mówić „Przepraszam”, już zbyt wiele razy padło dziś już to
słowo.
-
Hej… - Matthew przechylił się lekko w jej stronę i chwycił za
leżącą na stole dłoń. Ona jak oparzona odsunęła odruchowo rękę
i dopiero po chwili zorientowała się, co właśnie zrobiła.
Co
się ze mną dzisiaj, kurwa, dzieje? Po raz który już, myślał,
będąc złym na siebie, zaliczam taką wpadkę?
-
Nie no, przepraszam, nie powinienem…
-
Nie, nie! – przerwała mu. – Nie zrobiłam tego specjalnie,
skądże – zaśmiała się nerwowo. – Po prostu zdziwiłeś mnie
i… No…Jestem trochę zakłopotana…
Oboje
błądzili wzrokiem po okolicy. Zmieszanie nie pozwalało im spojrzeć
sobie w oczy. Leona wlepiła wzrok w tętniącą życiem ulicę,
znajdującą się za ogromną, czyściutką szybą, obok której
siedzieli, a Matthew wpatrywał się w podłogę, zastanawiając się,
co ma zrobić.
-
Czym mogę służyć?
Młodziutki,
wręcz dziewczęcy głosik, sprawił, że oboje podskoczyli i
zaszurali krzesłami. Zwrócili wzrok ku sobie i wybuchli śmiechem.
Leona zasłoniła usta zewnętrzną częścią dłoni.
-
Zamawiasz coś, Leo? – olał to, jak się do niej zwrócił.
-
Nie wzięłam ze sobą portfela…
-
Błagam cię! – przewrócił oczami i nachylił się znów w jej
stronę. – Myślisz, że nawet jakbyś go miała, to pozwoliłbym
ci płacić?
-
Ale… - patrząc mu prosto w oczy, czekała aż odstąpi od tej
decyzji. Niedoczekanie. – Eh… No dobrze Matt. W takim razie
poproszę, umm… - chwyciła za menu kawiarenki i wybrała
najsmaczniej wyglądające ciasto. – Poproszę to kruche ciasto
karmelowe.
-
Razy dwa.
-
Dziękuję za zamówienie – uśmiechnęła się ślicznie i
odeszła.
Leona
wyjęła z kieszeni koszuli swojego iPoda i zaczęła w nim grzebać,
robiąc różne miny. Matthew rozsiadł się na krześle i podziwiał
skupioną twarzyczkę siedzącej przed nim kobiety, której totalnie
nie znał, ale miał co do niej dziwne przeczucie. Majestatycznym
ruchem odrzuciła włosy na plecy i od razu poprawiła okulary.
Mężczyzna westchnął szczęśliwy, wytrącając swoją kompankę z
galeriowego szaleństwa, w jakie wpadła, przeglądając wszystkie
swoje zdjęcia. Tak po prostu.
Do
stolika podeszła znów ta sama dziewczyna w brązowym fartuszku,
wpasowującym się do wystroju kawiarenki.
-
Proszę bardzo – postawiła na stoliku dwa talerzyki. – Oto wasze
zamówienie.
Matthew
wyjął z kieszeni portfel, a z niej studolarówkę.
-
Reszty nie trzeba – oznajmił i poprawił czapkę, której spieszno
było ze zsunięciem się z jego głowy.
Blondynka
dygnęła z gracją i odeszła od stolika.
-
No – zaczął zaraz jak przełknął kawałek ciasta – to jak tam
w ogóle u ciebie? Dobrze ci się wiedzie w życiu ostatnio?
-
Trudno powiedzieć, bo ni to dobrze, ni to źle… Dziwnie. Bardzo
dziwnie mi się wiedzie.
-
O, a to dlaczego?
Rozluźniona,
opowiedziała Mattowi ze szczegółami wszystkie dziwne zajścia,
które działy się ostatnimi czasy. Prawie wszystkie. Swój sen
mijała w myślach wiele razy i kilkakrotnie nawet o nim wspomniała,
ale za każdym razem zręcznie się z kłopotliwego zajścia
wywinęła. Retorykę miała opanowaną do perfekcji. Była zdolna
większość ludzi przekonać do wszystkiego. Większość – to
trzeba podkreślić. Niektóre silne umysły potrafiły odmówić
posłuszeństwa, potrafiły oprzeć się jej mocy. Niemiłe uczucie.
Deser
był przepyszny. Wychodząc z lokalu, dzwoneczek zadzwonił ponownie,
a Leona syknęła z bólu.
To
tylko zwykły dzwoneczek, zastanawiał się Matthew, idąc z
ognistowłosą pod rękę. Dziwne, że tak na nią działa. W sumie
to ja kiedyś też miałem problemy z opanowaniem swoich zmysłów,
ale… Nie! To nie może być, ona na pewno nie jest kambionem!
Czarnowłosy
przymknął oczy i na kilka sekund, dosłownie kilka, żeby Leona
niczego nie zaczęła podejrzewać, wyostrzył swój słuch, aby
wyłapać ten jeden najważniejszy dźwięk. Dźwięk bicia serca.
Łup-łup. Jest! Łup-łup. Tyle, że… Łup-łup. Jest jakiś
dziwny…
Nieludzki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz