Hollywood Undead

piątek, 30 maja 2014

Rozdział 22

  Zadzwonił dzwonek. Wszyscy opuścili klasę.
  Z wyjątkiem Diany.
- Dziękuję, że zostałaś – powiedziała zza splecionych dłoni, opartych na biurku.
- Streszczaj się – przeniosła wzrok z telefonu na nauczycielkę – nie mam zamiaru siedzieć tu dłużej, niż to potrzebne.
- Ciebie naprawdę nie obchodzi, co myślą sobie o tobie inni, co?
- Nie – powiedziała sucho, wręcz z gniewem w głosie – w dupie mam opinie innych.
- Kultura osobista, to także nieznana tobie rzecz?
  Nastolatka przewróciła oczami.
- Tak myślałam…
- Czego ode mnie chciałaś? – spytała dobitnie, bo bardzo chciała już iść do domu.
- A niczego konkretnego – westchnęła. Diana wychwyciła w głosie Leony nutę człowieczeństwa. Aż się wzdrygnęła. – Chciałam dowiedzieć się co nieco o kimś, z kim dzielę swoje zainteresowania.
- Hę? – czarnowłosa była zdezorientowana. My? Wspólne zainteresowania?
- I pledge allegiance to the mask… - Leona uśmiechnęła się półgębkiem i wstała.
- ­That I’ll carry whisky in my flask- dziewczyna wytrzeszczyła oczy i także wstała z miejsca.
  …And anyone to diss HU,
  I’ll leave a bloody mess of you!
  For we are family, you and I,
  Three Tears for you, we all shall cry!
  All day, all night, our flags will fly,
  The Undead Army till the day we die!
  Echo przysięgi rozbrzmiewało jeszcze przez chwilę w klasie. Diana nie mogła z siebie wyksztusić ani słowa więcej. Przez długi czas wpatrywała się, stojąc na baczność, w nauczycielkę, która pakowała swoje rzeczy.
- P… pani… - wyjąkała w końcu.
- Hm? – Leona zerknęła na osłupiałą uczennicę, nie przestając się pakować. Zachowywała się jakby zupełnie nic się nie zdarzyło.
- Skąd…
- Cóż, wiem, że jestem ślepa – uśmiechnęła się i chwyciła teczkę w dłoń – ale nie trudno jest zauważyć białą gołębicę z granatem pod ogromnym napisem Hollywood Undead na czarnej koszulce. W sumie to trudno, jak nie mam okularów, ale to nic… Tak, tak, wiem, że już nie pierwszy raz masz na sobie tą bluzkę, ale jakoś nie miałam… odwagi się do ciebie odezwać.
- Ale przecież dopiero co darłaś na mnie ryja, że cię olewam!
- No, tylko spokojnie – zabrzmiała trochę surowiej – bez takich proszę. Nie jesteśmy najlepszymi przyjaciółkami, mimo wszystko wymagam trochę kultury.
- Sorry…
  Leona chrząknęła i podeszła do czarnowłosej.
- P… - słowo nie mogło jej przejść przez gardło. Zupełnie jakby nie wiedziała, jak je wypowiedzieć. Było dla niej niczym słówko z języka obcego, którego nigdy nie słyszała. – Przepraszam…
- Od razu lepiej – zielonooka uśmiechnęła się szczerze.
  O w mordę, pomyślała sobie Diana, wpatrując się w słodki uśmiech swojej nauczycielki. Przecież to nie jest ta sama kobieta, która jeszcze parę minut temu siedziała tam przy biurku…
- Hm? Co się mi tak przypatrujesz? Coś nie tak? Może mam coś na twarzy? – Leona poczuła się lekko zmieszana i spanikowała.
- Nie, nie! – uspokoiła ją natychmiastowo. – Wszystko jest ok…
- … tylko? – rudowłosa wiedziała, że Diana miała coś jeszcze do powiedzenia.
- Nie no, po prostu nie mogę uwierzyć, że ty taka jesteś – odpowiedziała częściową prawdę. Przecież nie powiem jej, że jest ładna, bo to dziwnie zabrzmi!
- Mhm… - zachichotała równie słodko i niewinnie, jak wcześniej się uśmiechnęła.
  Ta kobieta ma w sobie tyle uroku!
  Leona zerknęła na srebrny zegarek na jej nadgarstku. Była prawie szesnasta.
- Wydaje mi się, że czas na nas – wskazała kciukiem na znajdujące się za nią otwarte drzwi. – Odprowadzić cię może?
- Chciałam zapytać o to samo… Ekhem! Znaczy się, tego, no…
  Melodyjny śmiech rozległ się po sali. Diana zrobiła się czerwona.
- O mamo! Przepraszam cię… Ja… - wzięła głęboki wdech i uspokoiła się. – Ciebie też nie znałam z tej strony! Chodź kochana, zobaczymy gdzie nas Los powiedzie.
  Idąc równym krokiem, dziewczyny przeszły się po mieście i poprzeglądały różne sklepy z ciekawości, czy znajdą tam coś interesującego i pożytecznego. Leona, kobieta z gracją, za którą faceci oglądali się bez przerwy, szła krok w krok ze swoją uczennicą, która reprezentowała sobą nic innego, jak anarchię, totalny chaos i metal. Szczególnie to ostatnie.
  Dogadywały się bardzo dobrze, choć rozmawiały o błahostkach. Wstąpiły nawet do kawiarenki na porcję prawdziwych lodów, za które zapłaciła Leona. Cena ich była wcale nie mała, ale kto bogatemu zabroni, prawda?
  Po bardzo długim czasie spędzonym ze sobą, trafiły w końcu pod dom rudowłosej.
- O kurwa, jaka chata… - westchnęła Diana.
  Leona chrząknęła i skarciła swoją towarzyszkę wzrokiem.
- Znaczy się… Ładny dom. Jak ty żeś się go dorobiła?
- Ta historia innym razem – odpowiedziała luźno i poprawiła osuwające się z jej noska okulary. – Jest bardzo długa, a ja zbytnio czasu nie mam. Przepraszam…
- Co ty, nic nie szkodzi. Obowiązki, co?
- Yup…
- No cóż… W takim razie do zobaczenia kiedyś po szkole, hm?
  Leona przytaknęła i uśmiechnęła się słodko, po czym podeszła do bramy. Zanim jednak weszła na podwórko, pożegnała się.
- Pa kochana.
- P… pa… - zarumieniła się.

  Weź idź, dziwnie się czuję, jak ona się tak do mnie zwraca. Nikt tak do mnie wcześniej nie mówił… Heh, ale trzeba przyznać – miłe uczucie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz